Jak Fortuna okupił sukces morzem wódki
Wojciech Fortuna do dziś nie może pogodzić się z określeniami "farciarz", "mistrz jednego skoku". Ale ciężko na nie pracował. Sukces z Sapporo z 1972 roku okupił morzem wypitej wódki. Zamiast robić karierę, zaczął niszczyć siebie i wszystko dookoła. Dopiero teraz, po latach, prostuje swoje życie.
- Fortuna: Stoch będzie mistrzem świata
- "Piłeś? Nie przypinaj nart"
- Sześciu Polaków skacze w Lillehammer
- W Norwegii Małysz przegrał ze Stochem
- "Adam zdobędzie złoto, bo to rutyniarz"
- Kowalczyk trzecia w zawodach Tour de Ski
Pogoda
POLSKA
Poniedziałek 2012-02-13

temp. min -24°C max. 2°C
opady:
śladowe opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
A miało być tak pięknie. Perfekcyjne odbicie, lekki wiatr od przodu i fantastyczne lądowanie. Fortuna przeskoczył Okurayamę! 111 m na skoczni o punkcie konstrukcyjnym 90 m spowodowało, że organizatorzy wpadli w panikę. Na krótko przerwali konkurs, a przed drugą serią obniżyli rozbieg. Polak zepsuł drugą próbę. Skoczył o 25 m mniej niż w pierwszej serii. Końcówka zawodów była nerwowa, ale skończyło się dobrze. „Ooolympic champion, ooolympiasiegeeeer Wojciech Fortuna” - zawył spiker. 19-latek z Zakopanego był w szoku. - Ja mistrzem olimpijskim? Pierwszym w historii polskiego narciarstwa? - nie dowierzał. Równie ciężko było mu uwierzyć w to, co zastał po powrocie do hotelu. - Niemcy podrzucali z radości zdobywcę brązowego medalu Reinera Schmidta. A moi koledzy w tym czasie pokój zdemolowali. Mój pokój... - wspomina król Sapporo ’72.
Początek końca
Triumf w Sapporo zabił go jako sportowca. "Jeszcze nim wróciliśmy z Japonii do Polski, straciłem motywację. Myślałem, że jako 19-letni mistrz olimpijski zacznę żyć ze skoków. Tymczasem zostałem oszukany. Startowałem na średniej i dużej skoczni. Na średniej byłem szósty. Za zdobyty olimpijski punkt należało mi się 150 dolarów. Wieczorem, gdy odpoczywaliśmy w wiosce olimpijskiej, pomaszerowałem po nie do pokoju ministra sportu Józefa Rutkowskiego. Odebrałem gratulacje, zabrałem kopertę. Zajrzałem do środka i zdębiałem: było tylko 50 dolarów! Resztę minister wziął dla siebie. Poskarżyłem się trenerom, ale co mieli zrobić? Zaklęli tylko pod nosem. Podobnie było z nagrodą za olimpijskie złoto. Minister 300 dolarów podzielił na pół, dał mi 150, a gdy protestowałem, oznajmił: wy wcale nie musicie skakać.
Po powrocie zamiast skupić się na skakaniu, ciągle przeliczał, co mógłby kupić za pieniądze, które przywłaszczył sobie minister. Niby trenował, ale bardziej kombinował. - Myślałem nad tym, co stało się w Sapporo. Wówczas parcela w Zakopanem, 1000 m, kosztowała 300 dolarów. Czyli jednym skokiem mogłem kupić ziemię i zestaw pustaków na budowę domu. Dniówka murarza to była czerwona stówka. Moja mama zarabiała miesięcznie 1,5 tys. złotych, a ojciec kierownik - 2,5 tys. Poczułem się okradziony, oszukany i zły. Uznałem, że ze sportu już nic nie będę miał, trzeba szykować jakiś handel. I przy okazji wyjazdów na konkursy handlowałem: kryształami, nartami, tym, co szło, aż w końcu sport się skończył. A jeszcze precelki, kieliszek wódki, wożenie po sekretarzach, i na trening nie było czasu. Bo mnie wszędzie wozili jak tę małpę - wspomina.
Po sukcesie w Sapporo PRL-owscy działacze traktowali Fortunę jak zabawkę. Miał uświetniać swoją obecnością bankiety. - Jeden towarzysz dzwonił do drugiego: jest u mnie Fortuna, zaraz go do was poślę - wspomina były skoczek. Imprez było tak wiele, że teraz zlewają się mu w jedną.
Początkowo bawił się zresztą nieźle. - Bo i szli mi na rękę. Jesteśmy na przykład z kadrą gdzieś w Związku Radzieckim. Stoły suto pozastawiane, wszyscy pijani. Zobaczyłem na kasie pancernej posążek Dzierżyńskiego z brązu. I mówię ze śmiechem do radzieckiego sekretarza, że ja przewodzę młodzieży socjalistycznej w Polsze, w Zakopanem, ale u mnie w gabinecie takiego posągu nie ma. - No kak, że niet? - pyta ten, łapie za Felka i już mi go wręcza. - Spasiba - mówię. W nocy wracam do hotelowego pokoju i Felka myk, pod łóżko wrzuciłem. Wyjeżdżamy do Polski, każdy do pociągu nakupił złota. Ja swoje w skarpetce wiozłem. Granica w Mościskach. Postawiłem Felka na oknie i czekam. Przychodzi celnik, znalazł złoto u innych, a do mnie mówi, wskazując na Felka: Czyje to? - Moje. - A komu ty to zakosił? - Ja kupił. - A skąd ty dziengi miał? - Ja dżinsy sprzedał. - Ot mołodiec - puścił mnie - wspomina z uśmiechem Fortuna.
Na wracającego z Japonii złotego Fortunę czekało rodzinne Zakopane. - Nie byłem przygotowany na takie owacje, chciałem się schować - wspomina. - Nie róbcie z niego gwiazdora telewizyjnego - apelował Jan Gąsiorowski, który od razu zrozumiał, że młody skoczek może nie poradzić sobie z niespodziewaną sławą. Gąsiorowski, wieloletni trener skoczków w klubie Fortuny - Wiśle Zakopane - i Janusz Fortecki prowadzący polską kadrę, to ludzie, o których Fortuna myśli ciepło. - Tyle lat się znamy, zawsze mnie bronili. Gdyby nie oni, nic bym nie osiągnął - przyznaje.
Czytaj dalej...















































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!