Włoszczowska rozbierze się w "Playboyu"?
"A co ty byś właściwie chciała pokazać, chudzino?" - tak na pomysł rozbieranej sesji zareagowała mama Mai Włoszczowskiej. Olimpijska wicemistrzyni w kolarstwie górskim nie ukrywa, że była namawiana do pozowania. "Ta osoba mówiła, że w Polsce tylko tak można zaistnieć" - mówi Włoszczowska.
- Włoszczowska zaczęła od zwycięstwa
- Rywalka Włoszczowskiej operowana
- Maja jest przeszczęśliwa i nienasycona
- Włoszczowska kocha się w... hiszpańskim
- Maja Włoszczowska wicemistrzynią Europy!
- Włoszczowska już wsiada na rower
- Włoszczowska: Za tydzień będę jak nowa
- Oto twarz Włoszczowskiej po wypadku
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Czwartek 2012-05-17

temp. min 0°C max. 15°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
MARTA MIKIEL: Wjeżdżanie rowerem pod górę – brzmi jak wyrafinowana tortura. Można w tym znaleźć przyjemność?
MAJA WŁOSZCZOWSKA: Wysiłek fizyczny może być przyjemny. Gdy jestem w dobrej formie, aż mnie roznosi, na rowerze mogłaby pokonać każdą górę. Ale zawody to zupełnie inna bajka. To dwie godziny bólu fizycznego i psychicznego. Dobrze to ujęła Justyna Kowalczyk: ból mięśni bywa taki, jakby tysiące małych haczyków rozrywały ciało. Ściganie się bywa przyjemne tylko w jednym przypadku, kiedy jest się dwie klasy lepszym od rywali, wtedy nie trzeba jechać na 101 procent. Nawet jeśli po drodze bolało, szybko się o tym zapomina. Zostaje tylko smak zwycięstwa.
O tym pani myślała, kiedy pierwszy raz wsiadła na rower?
Oczywiście, że nie. Na początku były tylko przyjemne wycieczki. Mama uwielbia sport i kiedy z bratem byliśmy dziećmi, nie było dyskusji – zimą jeździliśmy na nartach, latem na
rowerach. Kiedyś wzięliśmy udział w rodzinnych zawodach i je wygraliśmy. Tam wypatrzył mnie trener klubu Śnieżka Karpacz. Do poważnego jeżdżenia musiało mnie namawiać wiele osób, bo na
pierwszym miejscu była nauka.
Ma pani nie tylko srebrny medal olimpijski, ale też i tytuł magistra. Jak to się dało połączyć?
Zaczęłam o sobie myśleć jako o zawodowym sportowcu dopiero na pierwszym roku studiów. W klasie maturalnej był taki plan, żebym dołączyła do zawodowej grupy Andrzeja Piątka, mojego obecnego
trenera. Ale mama trzymała mnie w ryzach. Dzięki temu trafiłam na Politechnikę Wrocławską.
Mama nie wierzyła, że w sporcie osiągnie pani sukces?
Po prostu o tym nie myślała. Sport to ryzyko – wystarczy kontuzja i kariera się kończy. Miałam wyniki jako juniorka, ale nie było kogo naśladować, bo Polska wtedy nie istniała w
zawodowym MTB. Teraz widziałabym przykłady – swój albo Ani Szafraniec. Wtedy myślałam sobie, że sport będzie moim hobby, a na życie będę zarabiać gdzie indziej. I poszłam na
matematykę finansową i ubezpieczeniową. Dopiero jak się dostałam, okazało się, że to najtrudniejszy wydział. Jestem specjalistą od wyceny ryzyka, mogłabym pracować w bankach,
towarzystwach ubezpieczeniowych, firmach notowanych na giełdzie. Jako jedyna osoba z mojego roku nie pracuję w zawodzie. Inna sprawa, że ze 120 przyjętych skończyło studia tylko 30 osób.
Postępy w sporcie robiła pani jeszcze szybciej niż w nauce.
Trafiłam do zawodowej grupy trenera Piątka w 2003 r. Zaczynałam sezon poza setką rankingu Międzynarodowej Unii Kolarskiej, a skończyłam na trzecim miejscu – to był spektakularny
skok. Cztery tygodnie przed igrzyskami w Atenach zdobyłam srebro ME. Z olimpijskim krążkiem jeszcze w Atenach się nie udało, byłam szósta, ale dwa tygodnie później zostałam wicemistrzynią
świata w tej samej konkurencji. Wtedy już zmieniły mi się priorytety – sport stał sie numerem jeden, wiedziałam, że w zawodzie pracować nie będę.
Czytaj dalej >>>








































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!