Była żona kontrowersyjnego bramkarza Odry Wodzisław Arkadiusza Onyszki (36 l.) przerywa milczenie. "Postanowiłam sobie jakiś czas temu, że nie będę już się zajmowała historią
mojego związku z Arkiem, ale nie mogę pozwolić sobie na to, żeby bezkarnie mnie obrażał w wywiadach, których udziela po powrocie do Polski. Nie pozwolę żeby robił ze mnie potwora, a z
siebie pokrzywdzonego" - cytuje "Fakt" Annę Onyszko.
"Rzeczywistość była taka, że mnie zdradzał. Nie wracał na noc do domu, na koszulach miał ślady damskich szminek. Zdradzał mnie nawet z moją koleżanką. Kiedy się o tym
dowiedziałam, po prostu zdecydowałam, że od niego odejdę. I on nie mógł się z tym pogodzić. Ciągle nagabywał mnie, że chce do mnie wrócić. Ale ja już miałam tego dosyć i nie chciałam
tego słuchać" - opowiada.
Kobieta ma też zupełnie inną wersję wydarzeń z feralnego dnia, w którym doszło do pobicia, za które niedawno Arek musiał przebywać w Danii w areszcie domowym. "Wracałam tego dnia
do domu od koleżanki. Jak się później okazało, Arek mnie śledził. Przed domem mnie dopadł i zaciągnął do piwnicy. Co on teraz wygaduje, że się wtedy poszarpaliśmy i że nic mi nie
zrobił, bo ja jeszcze tego samego dnia poszłam na dyskotekę? Jedyne miejsce, do jakiego poszłam to był komisariat policji, bo byłam przez niego pobita. On teraz opowiada, że groziłam mu
nożem. Tak, w pewnej chwili chwyciłam w kuchni za nóż i powiedziałam, że jak nie wyjdzie z domu, to zobaczy co z nim zrobię. Dopiero wtedy oprzytomniał i wyszedł. Nawet policja stwierdziła,
że to było w obronie własnej. A co, miałam mu pozwolić, żeby mnie zatłukł na śmierć?" - opowiada pani Ania.