Na pierwsze złoto w Vancouver czekali dwie długie doby - udało się w ostatnich zawodach drugiego dnia igrzysk. Oczekiwanie na pierwsze złoto olimpijskie na własnej ziemi trwało o wiele dłużej - Kanadyjczykom nie udało się to ani w 1976 roku w Montrealu, ani w 12 lat później w Calgary.

W Vancouver zła passa miała zostać przecięta już pierwszego dnia - na tym samym górującym nad miastem stokiem Cypress Mountain, który od początku imprezy sprawia organizatorom tyle problemów. Wielką faworytką rozegranych w sobotę zawodów kobiecych była Jenn Heil - broniąca tytuły z Turynu liderka Pucharu Świata. Cierpliwość Kanadyjczyków została wystawiona na jeszcze jedną ciężką próbę, kiedy zdobyła "tylko" srebro.

Wreszcie pochodzący z Quebeku Bilodeau sprawił Kanadyjczykom podwójną satysfakcję. "Strącił ze szczytu podium eks-Kanadyjczyka i ogólnego dupka Dale'a Begg-Smitha" - napisał w swoim brukowym stylu Vancouver Sun. Srebrny medalista Begg-Dale wychował się w Vancouver, ale wyemigrował i w 2001 roku jako 16 latek ostatecznie zerwał kontakty z kanadyjską federacją. Ku niezadowoleniu rodaków zaczął reprezentować Australię. Ale znienawidzili go dopiero, kiedy wygrywając igrzyska w Turynie ,zagrodził drogę do medali Kanadyjczykom. Do Vancouver przyjechał jako absolutny faworyt, dominator w Pucharze Świata. W niedzielę po swoim finałowym przejeździe prowadził. Aż do momentu, kiedy do mety dotarł Bilodeau w świetnym czasie 23,17 sekund, wykonawszy wcześniej dwa skoki, które niezwykle przypadły do gustu sędziom. Chwila oczekiwania na noty ciągnęła się w nieskończoność - nad przepaścią balansowały nadzieje i obawy blisko 40-milionowego narodu. Ogłoszono werdykt i życie znów stało się piękne.

"Party wreszcie zaczęło się dla Kanady" - cieszył się Bilodeau, który zadedykował swoje zwycięstwo choremu na porażenie mózgowe bratu Frederikowi i Jenn Heil, która była dla niego jak siostra. Przez ostatnie cztery lata codziennie razem trenowali.

Jeśli był ktoś, kto nie brał udziału w kanadyjskim party, to oczywiście Australijczycy. Tamtejsi oficjele zarzucili nawet sędziom, że sztucznie wywindowali noty dla Bilodeau. "Moim zdaniem Alex raczej nie jest w stanie osiągnąć skoku na 4,8, czy 4,9 punktu, zakładając, że 5 to maksymalna nota" - powiedział Geoff Lipshut odpowiedzialny za wyszkolenie australijskiej kadry. "Dale zebrał najwyższe noty za obroty i wyskok, pojechał niewiarygodnie i nie sądzę, żeby za cokolwiek w jego starcie można odebrać mu punkty. Uważam, że to Dale wygrał, ale to tylko moje przekonanie".

czytaj dalej


Na samym zawodniku ani rywalizowanie na znanym z dzieciństwa stoku, ani ocena sędziów, ani to co z niej wynikło, nie zrobiło żadnego wrażenia.

"Pojechałem, tak jak chciałem. Najlepiej, jak mogłem. To wszystko, nad czym miałem kontrolę" - powiedział Begg-Smith. Zwycięstwo sprzed czterech lat z Turynu przyjął z równie kamienną twarzą. W swojej przybranej ojczyźnie chłopak jest znany jako Ice Man. "On jest zupełnie septyczny. Nie ma emocji jak normalni ludzie. Wszystko robi z zimną krwią" - powiedział jego trener Steve Desovich. Begg-Smith zdobył zresztą sławę nie tylko jako najlepszy na świecie narciarz specjalizujący się w tej bezlitosnej dla kolan konkurencji, jaką jest jazda po muldach. Mówi się o nim także Spam Man - prowadzony z wielkim powodzeniem internetowy biznes bardzo wcześniej uczynił z niego milionera.

Pierwszy złoty medal musiał wiele zrekompensować kanadyjskiej publiczności. W sobotę kibice spędzili na Cypress Mountain długie godziny bez szans na schronienie przed deszczem, szybki transport do miasta lub choćby ciepły napój. Awaria prądu sprawiła, że zamknięto stoiska gastronomiczne. Do nielicznych pootwieranych ciągnęły się kilometrowe kolejki, podobnie jak do przepełnionego namiotu dla kibiców. Głodni ludzie brodzili w błocie. Oficjalne autobusy nie nadążały z zabieraniem na dół wszystkich chętnych. Góra, która stała się słynna na cały świat z powodu braku śniegu niezbędnego do przygotowania tras dla narciarzy i snowboardzistów, okazała się równie niegościnna dla publiczności. A jednak warto było tam jechać.