PRZEGLĄD SPORTOWY: Pokochał pan srebro?

ADAM MAŁYSZ: Nie miałem wyjścia (śmiech). Sami wiecie w jakiej formie jest Simon Ammann. Dla mnie zdobycie drugiego medalu w Vancouver było marzeniem. Prosiłem Boga z całego serca, żeby anioły poniosły mnie jak najdalej. I udało się. Jestem szczęśliwy. Chyba większość Polaków również.

PS: W pierwszej serii anioły niosły nieźle, bo warunki zmieniły się na korzystniejsze.

Najpierw sędziowie nie chcieli mnie puścić. Po kilku minutach mogłem skoczyć. Kiedy jest się w formie, to opatrzność czuwa. Jednak bałem się, że wiatr będzie kręcił. A chciałem, żeby wszyscy mieli równe warunki albo w końcu pomogło mi szczęście i powiało pod narty. Ostatecznie fajnie wyszło, bo celem było też, aby mieć spokój przed finałową próbą.(..)

PS: Przed drugim skokiem stres był duży?

Tak, ale sam się uspokajałem. Wiedziałem, że po pierwszej serii mam sporą przewagę nad kolejnymi zawodnikami. A Simon? Inna liga, skakał jak chciał. (..)

PS: Planował pan wcześniej serię gestów po lądowaniu? Całowanie nart, zeskoku, klękanie.

Nie, to było spontaniczne. Długo czekałem na dobre wyniki. Będąc u góry nie wiedziałem jak skoczył Andreas Kofler i Gregor Schlierenzauer.

p