To wszystko tchnie optymizmem przed kolejnymi IO w Soczi, ale jak to zwykle bywa w Polsce, po każdym sukcesie popadamy w niebezpieczną skrajność. Zaglądanie w oczy Adama Małysza i powszechne pytanie, czy ma ochotę na start (w domyśle walkę o medale) w 2014 w Rosji, ma wymiar groteskowy. Jeszcze bardziej zabawne jest takież samo zamęczanie Tomasza Sikory, który pewnie marzy teraz tylko o spokoju ,a nie o deklaracjach na zupełnie abstrakcyjną w jego przypadku przyszłość.

Wszystkie te bzdury mają początek w zjawisku, które przeżyliśmy przed Vancouver. Spore grono dziennikarzy, wiedzione bogoojczyźnianą pokusą, skalkulowało na papierze nasze szanse i wyszło im, że w Kandzie wypadniemy lepiej niż w Pekinie. Kowalczyk miała zdobyć cztery złote medale, Małysz dwa, a Sikora co najmniej jeszcze jeden cenny krążek. Wyszło inaczej, dlatego nasi dzielni propagandziści przystąpili już ochoczo do opisywania szans na Soczi.

I to jest prawdziwa choroba, bo przecież teraz chodzi głównie o to, aby racjonalnie ocenić Vancouver, zachowując to co najlepsze i budując na tym ostrożne nadzieje na przyszłość. Kardynalna sprawa to uporządkowanie spraw szkoleniowych i organizacyjnych. Jeśli słyszę zewsząd, że dalszy los trenerów Wierietelnego, Bonadruka czy Biłowej w pracy z polskimi zawodnikami jest niepewny, to pytam, skąd mają się wziąć nasze sukcesy w przyszłości.

Wszystko to spadnie na coraz bardziej siwą od zmartwień głowę Piotra Nurowskiego. Pomimo tego szef PKOl i tak może uważać się za człowieka bardzo szczęśliwego. Za jego prezesury Polska tylko w Turynie i Vancouver zdobyła na zimowych IO więcej medali niż wszystkie razem wzięte w ciągu poprzednich pięćdziesięciu lat. Dlatego od jego spokoju i roztropności zależeć będzie przede wszystkim, z kim i po co pojedziemy do Soczi. A worek lodu na głowę, szczęśliwą od niespodziewanej radości, przyda się teraz wszystkim. Bez wyjątku.