Sytuacja Danii z 1992 roku przypominała trochę to, co wydarzyło się podczas pierwszej edycji w 1960 roku, kiedy w ostatniej fazie eliminacji Hiszpania miała grać z ZSRR. Hiszpański dyktator generał Francisco Franco nie pozwolił swoim piłkarzom jechać do Moskwy na mecz. Doskonale pamiętał, jaki kolor miały flagi na czołgach, które w czasie wojny domowej próbowały powstrzymać jego marsz po władzę. Były propozycje rozegrania meczu na neutralnym gruncie, ale na takie rozwiązanie nie przystali Rosjanie. Tym samym to ekipa ZSRR pojechała do Francji na turniej, który ostatecznie wygrała.

Dania w 1992 roku w finałach w Szwecji w ogóle miała nie uczestniczyć. W eliminacjach podopieczni Richarda Mollera Nielsena zostali wyprzedzeni w swojej grupie przez Jugosławię. Traf chciał, że na Bałkanach właśnie zaczynała się mająca trwać wiele lat wojna domowa. UEFA 11 dni przed startem turnieju nakazała Jugosławii wycofać drużynę z Euro 92 - przypomina DZIENNIK.

W ten właśnie sposób do finałów awansowała Dania. Większość piłkarzy po skończonych eliminacjach, a przed początkiem następnego sezonu wylegiwała się na plażach w różnych zakątkach świata. Duński trener, który miał właśnie rozpocząć remont kuchni i rozmyślał nad kolorem kafelków, a nie składem reprezentacji, musiał wykazać się nielada zdolnościami detektywistycznymi, by wytropić swoich zawodników. Działo się to w czasach, gdy telefony komórkowe nie były tak rozpowszechnione jak dziś. Operacja zajęła szkoleniowcowi tylko 11 godzin. Ostatni z powołanych zawodników stawili się na miejscu zbiórki dopiero 3 dni przed pierwszym meczem z Anglią.

Duńscy piłkarze ściągnięci wprost z urlopów i oderwany od remontu kuchni trener. Dania miała zagrać trzy mecze w grupie i grzecznie wrócić do domu. Tymczasem w pierwszym spotkaniu zespół zremisował bezbramkowo z Anglią. Później przyszła porażka ze Szwecją. W decydującym meczu o wejście do półfinału zawodnicy Mollera Nielsena pokonali 2:1 Francję.

W innych ekipach panował typowy dla wielkiego turnieju reżim. Zawodnicy odcięci od świata, trenujący w pełnym skupieniu. Natomiast w obozie Duńczyków pełny luz i wycieczki na plażę. Jeden z czołowych piłkarzy tamtego zespołu John Jansen wspomina: – Nie ciążyła na nas żadna presja. Nikt od nas niczego nie wymagał. Po prostu wychodziliśmy na boisko i graliśmy. Tworzyliśmy zgraną paczkę, bo chyba 9 piłkarzy grało wcześniej w Broendby Kopenhaga. Znaliśmy się, lubiliśmy i byliśmy kolegami także poza boiskiem.

Przed półfinałem z obrońcą tytułu Holandią w obozie Duńczyków doszło do kolejnej niecodziennej sytuacji. Czołowy napastnik Kim Vilfort poprosił trenera, by mógł wrócić do Kopenhagi, gdzie jego siedmioletnia córeczka walczyła z białaczką (niestety jeszcze w tym samym miesiącu umarła), by ją pocieszyć i pobyć z nią przed kolejną dawką chemioterapii. Moller Nielsen oczywiście pozwolił mu opuścić zespół. Powiedział tylko Vilfortowi, że jeżeli chce zagrać w podstawowym składzie z Holandią, musi się pojawić najpóźniej… godzinę przed meczem.

W regulaminowym czasie było 2:2 i o tym, która drużyna trafi do finału, rozstrzygnęły rzuty karne. Peter Schmeichel obronił jedenastkę wykonywaną przez Marco van Bastena. Czwartego karnego dla Danii wykorzystał właśnie Vilfort.

Szczęśliwy strzelec tuż po meczu znowu opuścił kolegów i pojechał do Kopenhagi, by wrócić dopiero na finał przeciwko Niemcom. Cała Europa kibicowała Duńczykom, ale znowu mało kto dawał im szansę. Jedna z niemieckich gazet na okładce pokazała duńskich piłkarzy wychodzących na mecz i wielki tytuł: "Jak owce na rzeź” - przypomina DZIENNIK.

Dania wygrała 2:0, a drugiego gola strzelił Vilfort! Radość, jaka zapanowała w kraju, trudno opisać. Ogłoszono dzień wolny od pracy, a alkohol lał się strumieniami. Podobno jeszcze kilka miesięcy później, mając bilet z meczu finałowego, można było pić w niektórych lokalach za darmo. No i co najważniejsze znaleźli się ludzie, którzy zaoferowali, że zrobią Mollerowi Nielsenowi remont kuchni.

O ile triumf Danii sprzed 15 lat przypomina piękną bajkę, o tyle zwycięstwo Grecji sprzed trzech lat trzech opowiastką edukacyjną z morałem pokazującym, jak dzięki ciężkiej pracy można osiągnąć sukces. Głównym bohaterem tej opowieści jest niemiecki trener Otto Rehhagel. Zanim pojawił się w Grecji, każdy w kadrze robił, co chciał. Rehhagel wprowadził taką dyscyplinę, która zszokowałaby chyba także Niemców.

Postacią równie ważną jak szkoleniowiec był w tamtej drużynie Theodoris Zagorakis. Defensywny pomocnik, który był prawdziwym suwerenem w środku pola. Po raz pierwszy w historii tak nieznany wcześniej zawodnik otrzymał nagrodę dla najlepszego piłkarza turnieju. Po raz też chyba pierwszy nie została doceniona kreatywność i geniusz, ale umiejętność doskonałego przeszkadzania.

Nagle się okazało, że jeżeli każdy piłkarze zrobią dokładnie to, co do nich należy i co mistrz Otto narysuje na tablicy podczas odprawy, mogą wygrać z każdym.

Grecy zmierzyli się w inauguracyjnym meczu turnieju z gospodarzami – Portugalią. Rzemieślnicy mieli dostać tęgie baty od artystów. Wielkim szokiem było, gdy skończyło się na zwycięstwie 2:1 drużyny Rehhagela. Mecz wyglądał tak, że Portugalczycy dryblowali, podawali piętami, a Grecy spokojnie odpierali ich ataki i wyprowadzali zabójcze kontry.

I tak później wyglądał cały ten turniej. Grecy po prostu wyczekiwali i punktowali. Co ciekawe, ten inauguracyjny mecz był jedynym w całym turnieju, w którym zawodnicy z Hellady strzelili dwa gole. W fazie pucharowej wszystkie mecze wygrali po 1:0. Podobnie jak w wielkim finale, w którym znowu przyszło im walczyć z Portugalczykami.

Jeżeli Polska miałaby iść w ślady którejś z wymienionych mistrzowskich drużyn, to raczej bliżej nam do Grecji. My także mamy zagranicznego trenera, który całkowicie odmienił grę naszej reprezentacji. Nasi także mają kłopoty ze znalezieniem miejsc w składach zachodnich drużyn, ale potrafią chyba wykazać równie ogromną determinację jak Grecy, gdy trafiają na wielkie wyzwania.

Z drugiej jednak strony Leo Beenhakker swoim spokojnym i luźnym sposobem bycia przypomina raczej Mollera Nielsena. Może więc Polska, łącząc cechy Danii i Grecji, sprawi trzecią największą sensację w historii Euro? No ale najpierw nasi muszą wyjechać na urlop, a Beenhakker wziąć się za remont kuchni.