Długo świętowaliście po zwycięstwie nad Chelsea w finale Ligi Mistzów?
Tomasz Kuszczak: Radość była wielka, ale nie nie było jakichś hucznych zabaw, czy bezsennej nocy. Kilku zawodników, podobnie jak ja, już na drugi dzień wyjeżdżało na zgrupowania swoich reprezentacji przez finałami Euro 2008. Mieliśmy małe powitanie w Manchesterze, do którego dotarliśmy z Moskwy ze sporym opóźnieniem. Feta w mieście trwała bardzo długo, ale nie dla dla mnie, bo trzeba było szybko zacząć myśleć o zgrupowaniu kadry.

Nie dało się wynegocjować u Beenhakkera jednego dnia urlopu dłużej?
Nawet nie próbowałem negocjować. Selekcjoner wyznaczył mi termin, w którym mam się stawić na zgrupowaniu i musiałem się do tego dostosować. Zresztą przecież jeden dzień odpoczynku dłużej i tak by mnie nie zbawił.

Jakie to uczucie być częścią zespołu, który wygrywa Ligę Mistrzów?
Fajne. Choć nie zagrałem w finale z Chelsea Londyn, to jednak małą cegiełkę do tego sukcesu dołożyłem. To mój drugi rok w Manchesterze United, a zdobyłem już trzy trofea. Najpierw dwa tytuły mistrza Anglii, a teraz triumf w Champions League. Tylko się cieszyć. To najlepsza odpowiedź, jaką mogłem dać tym wszystkim, którzy uważają, że powinienem zmienić klub na taki, gdzie będę grał regularnie w podstawowym składzie. Ja wolę poczekać na swoją szansę i zdobywać trofea z Czerwonymi Diabłami.

Było trochę strachu, gdy Cristiano Ronaldo nie strzelił rzutu karnego?
Powiedziałem wtedy do siebie: co ma być, to będzie. I było! Gdy do piłki podchodził John Terry to życzyłem mu, żeby spudłował! Każdy z nas wierzył, że Edwin van der Sar obroni choć jeden strzał. I udało mu się. Ale do karnych byliśmy przygotowani, bo trenowaliśmy je solidnie przed moskiewskim finałem.

Zakładaliście, że o zwycięstwie w Lidze Mistrzów może decydować konkurs jedenastek?
Na pewno nie nastawiliśmy się na karne, jednak można było się ich spodziewać. Do ostatniej jedenastki podchodzi zawsze piłkarz, który jest najlepszy w tych fachu. Ale Terry nie dał rady. To był dla nas taki mały sygnał, że w tym dniu wygra Manchester.

Jednym z pierwszych, który dopadł do van der Sara z gratulacjami był Tomasz Kuszczak.
Może dlatego, że miałem najwięcej siły (śmiech). Pewnie, że chciałbym grać główną rolę, ale przyszłość przede mną.

Wygra pan rywalizację z Arturem Borucem o miano bramkarza numer jeden w reprezentacji?
Nikt nie chce siedzieć na ławce rezerwowych. A którym bramkarzem będę na Euro? Tym, którym wytypują mnie dziennikarze (śmiech).

Jaki wynik będzie sukcesem reprezentacji Polski w finałach mistrzostw Europy?
Wyjście z tak trudnej grupy byłoby dobrym wynikiem. Nie zapominajmy, że w takiej imprezie jak Euro gramy po raz pierwszy, więc brakuje nam doświadczenia. Jedno jest pewne: serca nam nie zabraknie.

Grekom cztery lata temu też brakowało doświadczenia, a mimo to zdobyli tytuł mistrzowski...
Zawsze może się zdarzyć, że jakaś drużyna, która nie należała do grona faworytów, zostaje czarnym koniem turnieju i odnosi niespodziewany sukces. Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby tym razem była nim reprezentacja Polski. Ale patrzmy na to w ten sposób, że fajnie by było, gdyby tak się stało, a nie że musimy tego dokonać. Bo wtedy wszyscy będziemy sfrustrowani, jak nic nam się na Euro nie uda zwojować.