Znajdzie się pan w kadrze na Euro, czy też będzie pan jednym z trójki skreślonych piłkarzy? Pana najczęściej wymienia się jako tego, który straci miejsce w ekipie Leo Beenhakkera.
Słyszałem takie głosy, nawet czytałem coś na ten temat i nie wiem skąd się biorą takie opinie. Przecież już wcześniej mówiono, że jestem skreślony i nie przyjadę nawet na zgrupowanie do Niemiec! Ale niech sobie każdy mówi, co chce, mnie to nie przeszkadza. Niech mówią, że jestem pierwszy do odstrzelenia, a ja i tak będę robił swoje, czyli wszystko co się da, by nie tylko pojechać na Euro, ale grać w podstawowym składzie. Mam za sobą jedną z lepszych rund w karierze, czuję się bardzo dobrze.

Ta runda w Steaule musiała być rzeczywiście bardzo dobra, skoro zainteresowało się panem FC Porto.
No właśnie, skoro chce mnie tak wielki klub, to znaczy że coś tam grałem. Przed dwoma meczami dostawałem informacje, że obserwują mnie z trybun wysłannicy jakiegoś poważnego klubu, ale potem nie wiedziałem, co z tego wyszło. Dopiero niedawno potwierdziło się, że do Steauy wpłynęła oficjalna propozycja FC Porto. Coś jest na rzeczy, nie ma sensu zaprzeczać. Zresztą nie ma sensu także zastanawiać się nad tym teraz, bo najważniejsze są przygotowania do Euro. Zmienię klub - będzie dobrze, nie zmienię - nic się nie stanie. Dobrze mi w Bukareszcie.

Mogło być jeszcze lepiej, bo o premiach obiecanych piłkarzom za mistrzostwo Rumunii krążyły legendy.
Oj, miały być godziwe. Wystarczyłoby, hmm, na kupno dwóch niezbyt dużych mieszkań. Ale można to odrobić jesienią awansując do fazy grupowej Ligi Mistrzów.

Jeśli zostanie pan w Bukareszcie. I jeśli jeszcze po wakacjach będzie pan korzystał z rumuńskiego numeru telefonu.
Na razie się przydaje, bo na zgrupowaniu w Niemczech w naszym hotelu i wokół niego brakuje polskiego roamingu w jednej z sieci. A tak poważnie, to są w głowie myśli o Porto, bo trudno jest całkiem zapomnieć o tym, że wielki klub interesuje się twoim transferem, ale staram się, by było ich jak najmniej.

Polecił tam pana kolega z drużyny juniorów ŁKS Przemysław Kaźmierczak?
Rozmawiałem z "Kaziem", bo nadal mamy dobry kontakt, ale nikt go jeszcze o mnie pytał, więc to nie jego robota. Fajnie byłoby znów zagrać razem w Porto. Portugalczycy mają 20 milionów euro z ostatniego transferu i teraz kupują za to graczy z wyższej półki. Gdyby mnie pozyskali, to by znaczyło, że jestem bliżej tej półeczki... Zwłaszcza, że właściciel Steauy Gigi Becali powiedział ostatnio, że propozycjami rzędu 2 miliony euro za mój transfer nawet sobie głowy nie zaprząta, bo ceni mnie znacznie wyżej.

Bardzo się zdenerował, gdy przegraliście mistrzostwo z mało znanym zespołem z Cluj?
Wystrzelił ten Cluj nie wiadomo skąd. Tam w składzie jest chyba tylko jeden Rumun, reszta to Brazylijczycy, Argentyńczycy, Portugalczycy. Mają mocnego sponsora i poszaleli. Ale my sobie sami zawaliliśmy ten sezon pierwszą rundą i samą końcówką, gdy przegraliśmy 1:2 derby z Dinamem. Ja byłem wtedy zawieszony, podobnie jak dwóch innych obrońców. Wszyscy niesłusznie, za jakieś wydumane przewinienia. Mnie odsunięto za niesłuszną czerwoną kartkę, a jednego kolegę z zespołu zawieszono na 6 meczów, bo powiedział, że rywale byli tak zmobilizowani, jakby Cluj zapłacił im za mecz przeciwko nam. Tak się nam posypała obrona.

Dużo pan skorzystał na zajęciach z Mariusem Lacatusem - dawną legendą rumuńskiej piłki, a teraz trenerem Steauy?
Lacatus jako trener jest taki sam, jak wtedy gdy był zawodnikiem. To potężny "walczak", który nigdy nie odstawiał nogi i to samo chce zaszczepić w nas. Na zajęciach często gramy ostro i jest to jego świadome działanie.

Przy pana kruchym zdrowiu to nie jest chyba dobre rozwiązanie. W Polsce uchodził pan za piłkarza delikatnego.
Oj, to teraz już delikatny nie jestem. Zmieniłem się, musiałem się zmienić. W tej lidze gra się ostro, czasem brutalnie. Sędziowie często nie pokazują żółtej kartki za faul, który w Polsce ukarano by kartką czerwoną. Nigdy nie odstawiałem nogi, ale tutaj muszę walczyć ostrzej.

Wychodzi na to, że w Rumunii piłkarsko za wiele pan nie skorzysta. Jest pan lepszym zawodnikiem niż rok temu?
Na pewno, bo przecież w Steaule gra sześciu reprezentantów Rumunii, dwóch Kolumbii, po jednym Nigerii i Peru. Prawie cała jedenastka to kadrowicze. Czegoś się więc na pewno nauczyłem, ale wszystko zweryfikuje boisko.

Umówił się pan z kadrowiczami z Rumunii na spotkanie? Na przykład w półfinale mistrzostw Europy?
Umówiliśmy się, ale na finał. Powiedziałem im, że będę tam z Polską czekał i patrzył jak sobie poradzą w tej grupie śmierci. Rumunii są trochę zaskoczeni, że muszą grać w tak silnej grupie, ale nie pękają. Wierzą, że mogą ją wygrać.

Fajny piłkarski żart z tym finałem. Na co naprawdę stać Polskę?
Gdybym nie wierzył, że stać nas na medal, to nie byłoby mnie tutaj. Wszyscy mogą wygrać to Euro. Ile przed meczem w Chorzowie mówiono o Portugalii, ile przypominano tam, gdzie ci nasi rywale nie grają? I co? Wygraliśmy. Na boisku wszystko jest możliwe.

Leo Beenhakker woli już nie wspominać tego meczu, tylko patrzeć do przodu.
I ma rację. My czasem wspominamy to spotkanie, bo było przełomowe. Może nie historyczne, ale takie, które długo się pamięta: był komplet publiczności, wygrana w dobrym stylu, z klasowym rywalem. Ciągle nas się o ten mecz pyta, więc nie sposób go zapomnieć. Ale za pół roku i rok chcę wspominać, jaki dobry mecz zagraliśmy w finale Euro.

Najpierw trzeba pokonać Niemców. Słyszał pan nazwisko Marco Marin?
A kto to taki?

Młody chłopak z 2. Bundesligi powołany do reprezentacji Niemiec, świetny drybler. Może zagrać przeciwko panu, bo to lewy pomocnik.
Cóż, widziałem, że Ballack ma jakieś kłopoty, ale nie śledzę tak uważnie doniesień z obozu rywali. Z 2. Bundesligi? Cóż, dla każdego trzeba mieć szacunek, ale nikogo nie można się obawiać. Jeśli zagramy przeciwko sobie zrobię wszystko, żeby i on mnie sobie zapamiętał, bo teraz pewnie i on nie wie, kim jest Golański.

Niemcy pojechali przygotowywać się z rodzinami na Baleary. Pan też chciałby na pierwszy obóz zabrać żonę?
Rumuni postąpili podobnie i zabrali do Turcji narzeczone i żony. Cóż, każdy chce się przygotować jak najlepiej i ma na to swój pomysł. Gdybyśmy pojechali z rodzinami, byłyby od razu dyskusje, czemu tak, a nie inaczej. Takie dywagacje nie mają sensu. Gramy dla całej Polski na wielkiej imprezie. Nie tylko dla siebie, nie tylko dla naszych rodzin, ale dla całego kraju. Na urlop będziemy jeszcze mieli czas.

Niech pan szczerze powie: czuje się pan pewniakiem na Euro?
Pewniakiem może się czuć tylko kilku z nas. Jest nas tu dwudziestu sześciu i każdy dużo potrafi. Ten, kto będzie prezentował się słabiej, może wypaść z drużyny. Każdy chce się pokazać, i wierzy w swój sukces. I każdy ma ku temu podstawy. Na razie jest taki dreszczyk emocji. Pozytywny, bo zdaję sobie sprawę z tego, że mogę być wśród tych, którzy przejdą do historii polskiej piłki.