Po raz drugi gra pani w Warszawie. Czy po dwóch latach opuści ją pani znowu jako zwyciężczyni?
Gdybym tylko znała odpowiedź na to pytanie... Na razie moim celem jest pokonać pierwszą rywalkę, Annę Lenę Groenefeld. W tym roku nie rozegrałam jeszcze żadnego meczu na mączce. Jestem tu jedną z 28 tenisistek i każda z nas chce tu dojść jak najwyżej.

Dlaczego wybrała pani Warszawę na rozpoczęcie przygotowań do Roland Garros?
Zwykle zaczynam grę na ziemi w USA, ale tym razem zdrowie uniemożliwiło mi start w Charleston. Zresztą miałam ochotę trochę inaczej zaplanować sezon. Już w zeszłym roku miałam tu grać, ale niestety, w ostatniej chwili musiałam się wycofać. Potem jeszcze zagram w Berlinie, ale nie pojadę do Rzymu.

Pani niedawne problemy zdrowotne były bardzo tajemnicze.
Od 10 dni jest znacznie lepiej, ale przez jakiś czas byłam naprawdę chora. To była poważna infekcja dróg oddechowych – atak astmy. Był okropny, nie mogłam spać. Robiłam szczegółowe badania i na szczęście okazało się, że to przejściowe problemy.

Jakie wspomina pani swój pobyt w Warszawie sprzed dwóch lat?
To był świetny turniej. Bo go wygrałam. Tylko pogoda nie była najlepsza. W tym roku zresztą też jest zimno, za to korty są chyba lepiej przygotowane. Pamiętam ciężki trzy setowy finał ze Swietłaną Kuzniecową. Zwycięstwo dało mi wiele satysfakcji, bo wcześniej przez kilka miesięcy walczyłam z kontuzjami. Od tego turnieju zaczął się bardzo ważny dla mnie sezon na ziemi w 2005 roku, który ukoronowało drugie zwycięstwo w Roland Garros.

Podchodzi pani do swoich startów dosyć selektywnie.
Czasem z tego powodu płacę kary finansowe. Planuję długą karierę, chciałabym grać jeszcze przez 5 – 6 lat. Mój organizm tego nie wytrzyma, jeśli wystąpię w 20 turniejach w sezonie. W 2006 r. to przyniosło dobre rezultaty. W ciągu sezonu kilka razy muszę porządnie odpocząć, a potem powoli wracam na kort. Tak było w kwietniu. Następne wakacje zrobię sobie w lipcu. Inni grają 5 – 6 turniejów z rzędu. Nic dziwnego, że płacą za to kontuzjami. Ale to osobista decyzja każdego.

Jakie są pani cele na ten sezon? Utrzymać prowadzenie w rankingu, wygrać Wimbledon, French Open?
Trudno powiedzieć. Ten sezon nie zaczął się dla mnie najlepiej. Zaszło wiele zmian w moim życiu osobistym. Na szczęście już pracuję normalnie. Odzyskałam równowagę emocjonalną. A jeśli chodzi o wyniki, to pozostanie liderką rankingu nie ma dla mnie znacznie. Jak zawsze najważniejsze będą turnieje wielkoszlemowe. Wimbledon to jedyny z nich, którego nie udało mi się wygrać. Ostatnio dużo się nad tym zastanawiałam. Gram dla takich wielkich zwycięstw. One najbardziej mnie uszczęśliwiają, żyję dla związanych z nimi emocji. To one dają mi motywację, nawet w najtrudniejszych chwilach w życiu. Zwyciężyć w Wimbledonie – to by wiele
dla mnie znaczyło. Chcę być szczęśliwa. Po ostatnich przeżyciach (związanych z rozwodem), staram się cieszyć tym, co przynosi każda chwila.

W zeszłym roku grała pani we wszystkich finałach wielkoszlemowych. Czy to nie było zbyt wyczerpujące?
Nie, to był świetny sezon, zdecydowanie najlepszy w mojej karierze. Żałuję, że wygrałam tylko jeden z tych finałów. W tym roku nie byłam w Australii z osobistych powodów. Ale w kolejnych miesiącach chcę osiągnąć jak najwięcej i na koniec roku zagrać w mistrzostwach WTA.

Skąd w tak drobnej osobie bierze się taka siła?
Mocna głowa może zrekompensować wiele fizycznych braków. Poza tym ja naprawdę dużo pracuję. Od 11 lat codziennie próbujemy z trenerem czegoś nowego. Staramy się, by moja gra była coraz skuteczniejsza. Na korcie trzeba umieć wykorzystać przewagę. Ja nie jestem najsilniejsza, ale jestem sprytna, dobrze się poruszam.

Czy stabilna współpraca z trenerem Carlosem Rodriguezem to źródło pani sukcesu?
Na pewno. Już taka jestem, że potrzebuję stałego oparcia. Carlos jest częścią mojego życia. Wiele rzeczy się zmienia, a ja na niego zawsze mogę liczyć. Czuję się szczęściarą, bo to coś niespotykanego w tenisie. Wiele zawodniczek ma problem ze znalezieniem właściwiej osoby i to odbija się na ich wynikach. Wiem, że Carlos najbardziej pragnie, abym grała jak najlepiej. Jak nikt potrafi do mnie dotrzeć, zawsze znajduje właściwe słowa. Wzmacnia mnie nie tylko technicznie, ale i psychicznie.

Korty ziemne to pani ulubiona nawierzchnia?
Na pewno taka, na której mam najlepsze wyniki. Trzy razy wygrałam na Roland Garros, co oznacza, że na mączce sobie radzę. Moja przewaga na kortach ziemnych polega na tym, że niewiele zawodniczek czuje się na nich pewnie. Ślizgi, odpowiednia taktyka - to spora sztuka. Ja umiem wykorzystać atuty tej nawierzchni. Trzeba być bardzo wszechstronnym i mocnym fizycznie. Ziemne korty przyniosły mi wiele emocji nie tylko jako zawodniczce. Jeździłam na French Open kiedy byłam dziewczynką. Oglądałam także Wimbledon, ale moim zdaniem najlepszy tenis ogląda się właśnie na czerwonej mączce w Paryżu. To turniej najwspanialszy ze wszystkich.

Podziwiała tam pani grę swojej idolki, Steffi Graf.
Tak. Potem kiedy sama zaczęłam grać, poznałyśmy się i zaprzyjaźniłyśmy.

Agnieszka Radwańska ostatnio pokonała swoją idolkę z dzieciństwa Martinę Hingis. Czy pani grała z Graf?
Na szczęście nie. Steffi zakończyła karierę w 1999 r., kiedy ja dopiero zaczynałam. W tamtym sezonie obie brałyśmy udział w Roland Garros, ale minęłyśmy się. Dla mnie takie spotkanie wiązałoby się ze zbyt wielkimi emocjami.

Co myśli pani o powrocie Sereny Williams?
Finał w Miami, w którym mnie pokonała, to był wspaniały mecz. Jeden z najlepszych w kobiecym tenisie od lat. Serena zachwyca wszystkich formą i motywacją. Świetnie znów ją widzieć na korcie, podobnie jak Venus. Nie można zapomnieć o tym, co zrobiły dla tenisa. Wprowadziły tę grę na zupełnie inny poziom. Grały z wielką siłą, a my wszystkie musiałyśmy się do tego dostosować. I teraz kobiecy tenis jest znacznie ciekawszy niż kilka lat temu.