Jeżeli świat czekał na walkę, która ma ocalić boks, to musi jeszcze uzbroić się w cierpliwość. Pojedynek Oscara De La Hoi z Floydem Mayweatherem Jr był bardzo dobrym widowiskiem, ale daleko mu do największych w historii boksu. Na dodatek zakończył się niesprawiedliwym wynikiem - zwycięstwem (niejednogłośnie na punkty) Mayweathera, który odebrał rywalowi pas WBC w wadze lekkośredniej.

Kilka minut po ogłoszeniu werdyktu w ringu zapanowała panika. Okazało się, że na kartach sędziowskich punkty De La Hoi umieszczono przy niebieskim kolorze, a bokser miał podczas walki czerwony narożnik.

Zastanawiano się, czy nie pomylono kart i wynik nie powinien być odwrotny. Po kwadransie okazało się, że pomyłki nie było. "Szkoda, że takie coś zdarzyło się podczas tak wielkiej walki. Wierzę, że to nieumyślna pomyłka" - skomentował Richard Schaefer z Golden Boy Promotions, firmy De La Hoi, która organizowała walkę.

Wygrał bokser, który przez 12 rund bronił się i czekał na okazję, by zaatakować. Mocnym prawym trafił rywala zaledwie kilka razy. Na więcej De La Hoya mu nie pozwolił. Mayweather miał być szybki, zwinny i śmiertelnie niebezpieczny. Przynajmniej tak straszył, przypominając jak stłukł samego Arturo Gattiego.

Tym razem nie obił rywala. To De La Hoya od pierwszej rundy atakował. Imponował szybkością i refleksem. Niestety, za rzadko używał swojej najmocniejszej broni, czyli lewego sierpowego. Mayweather dobrze się bronił, ale kilka razy dał się zapędzić do narożnika, gdzie De La Hoya zadawał mu ciosy z szybkością karabinu maszynowego. Nie zrobiły krzywdy Mayweatherowi, ani wrażenia na sędziach.

"Robił dużo wiatru rękoma, ale nie trafiał" - skomentował Mayweather. "Bzdura. Kilka z nich zrobiło mu krzywdę" - odparł De La Hoya. Do tego pojedynku przygotowywał go Freddie Roach, były pięściarz i trener m.in. Mike'a Tysona. "Jeżeli Floyd będzie zadawał mocne ciosy straci zapał. Może nawet zrani swoje ręcę i stanie się bezradny" - przepowiadał Roach.

Był to realny scenariusz, bo na ból rąk Floyd narzekał już po swojej ostatniej walce z Carlosem Baldomirem. Roach kazał De La Hoi, by jak najczęściej uderzał w ręce rywala. Był nawet zdziwiony, że tak utytułowany bokser zna tak mało sztuczek bokserskich. "Oskar szybko się uczył podczas zgrupowania, ale wiem, że stare psy nie mają ochoty do nauki nowych trików" - mówił Roach.

Niewiele wyszło z tych planów. Po ciosach De La Hoi Mayweather tylko się uśmiechał, a pod koniec walki zaatakował. Dwóch sędziów orzekło, że robił to na tyle skutecznie, by wygrać. Z ich werdyktem nie zgodził się nawet Mayweather senior, ojciec Floyda i były trener De La Hoi.

Nazywany „Ugly Boy”, czyli „Brzydal” (jego syn ma dla odmiany pseudonim „Pretty Boy”) oglądał walkę dzięki De La Hoi, który podarowa mu bilety w pierwszym rzędzie. "Trenował mnie przez 6 lat, przynajmniej tyle mogę dla niego zrobić. Chodzi o przyzwoitość. A jego własny syn wyrzucił go z gymu" - mówił De La Hoya. "Oscar był lepszy. Mój syn mądrze się bronił, ale przegrał tę walkę" -
orzekł Floyd senior.

Mayweather jr nie chce opowiadać o swoich relacjach z ojcem. "Mój tatuś? Ten koleś... On jest po prostu dziki" - stwierdził. Do walki z De La Hoyą trenował ze stryjem Rogerem Mayweatherem, młodszym bratem ojca (obaj siedzieli przed laty w więzieniu).

Bilety na miejsca przy ringu kosztowały majątek. Na kilka dni przed walką trzeba było za nie płacić konikom 35 tys. dol. W legalnej sprzedaży wejściówki na galę rozeszły się w trzy godziny. Zarobiono na nich 19 mln dol.

Temat pieniędzy pojawiał się przy każdej okazji związanej z walką. "Moje imię to Kasa. Kasa Mayweather" - przedstawiał się Floyd podczas ostatniej konferencji prasowej przed walką. Gwarantowane gaże pięściarzy były oszałamiające: De La Hoya 23,3 mln dol., Mayweather 10 mln dol. "Ile masz teraz pieniędzy w kieszeni?" - pytali go dziennikarze. "Jakieś 30 tys. dolców" - odpowiedział Floyd. I przechwalał się dalej. "Ten zegarek wart jest 500 tys., sygnet 200 tys., naszyjnik około 300 tys" - dodał bokser.

Rozbawionym dziennikarzom opowiadał dalej: "Kilka lat temu zapakowałem samochód prezentami świątecznymi, ale zapomniałem najważniejszego, paczki ze 170 tys. dolców w środku. Zostawiłem ją na krawężniku. Znalazł ją jakiś człowiek i mi zwrócił. Dałem mu za to 10 tysiaków. Stać mnie na wszystko. Dorobiłem się na boksie. Teraz walczę o przejście do historii".

Po walce z De La Hoyą nadal jest niepokonany (38 zwycięstw). "Oscar jest największym bokserem, a ja go pobiłem. Mogę zakończy karierę" - ogłosił. De La Hoya nie składa takich deklaracji. To jego piąta porażka, ale nie wyglądał na przygnębionego. Grzecznie odpowiadał na pytania dziennikarzy. Po raz kolejny udowodnił, że jest świetnym bokserem i świetnym biznesmanem.

Podczas promocji walki i po jej zakończeniu nawet na chwilę nie wyszedł ze swojej roli. Miał być zranionym, obrażanym, starym mistrzem. I był. Bokser De La Hoya przegrał, stracił pas mistrza świata. Biznesman De La Hoya zrobił bardzo dobry interes. A w zawodowym boksie to najistotniejszy sukces.