Góry, mnóstwo wolnego czasu, spacery z narzeczoną. Obóz przed rewanżową walką ze Steve'em Cunninghamem wyglądają jak wczasy, a nie przygotowania do obrony tytułu.
Nie polecam nikomu takich wczasów. Trenuję codziennie dwa razy po dwie, dwie i pół godziny. Jeśli na wieczór mamy zaplanowany sparing, to ten poranny trening jest trochę lżejszy. W tym momencie największy nacisk kładziemy na dynamikę. Już nie chodzi o wytrzymałość, ale podkreślenie tego, co zrobiliśmy wcześniej.

Jaki wpływ na pańskie przygotowania miał styczniowy zabieg usunięcia wyrostka robaczkowego?
Operacja rozbiła przygotowany wcześniej cykl treningowy. Dobrze, że walkę udało się przełożyć. Odbędzie się w ostatnim możliwym terminie. Jeszcze miesiąc temu przy bardzo mocnym napięciu mięśni brzucha czułem lekki ból, ale to już minęło. Staram się o tym nie myśleć. Nie jest to trudne, bo ostatnio dostałem parę razy w tę stronę i nic się nie działo.

O pana sparingach krążą po Szczyrku legendy. Sobotniej walki, kiedy znokautował pan Andre Purletta, długo tu nie zapomną.
W sparingach staram się realizować to, co założymy z trenerem. Z Cunninghamem powinienem zadawać ciosy w półdystansie, przeprowadzać więcej akcji, walić seriami. Bić, nie czekać na jego ciosy. To ćwiczę. Ale w ringu pojawiają się emocje, zwycięża chęć wygrania.

Kiedy łatwiej przygotować się do walki, gdy się jest mistrzem czy pretendentem?
Przygotowanie psychiczne nie różni się. W obu przypadkach nie ma miejsca na fuszerkę. Dlatego nie oszczędzam się w sparingach. Bijemy się na całego. Mimo, że walczymy w kaskach i bułach, czyli rękawicach dwukrotnie cięższych i bardziej amortyzujących siłę ciosów, sadzam chłopaków na dupach. Trzeba im za to nieźle płacić. Za dwa tygodnie ze mną dostają tyle kasy, na ile ludzie pracują przez dwa miesiące. Ja zresztą też czuję ich ciosy.

Jak pracuje się z trenerem Fiodorem Łapinem?
To bardzo wymagający człowiek. Ma plany dotyczące przyszłości każdego z kim trenuje. Widzi w nas potencjał. My Polacy zazwyczaj po pierwszym sukcesie odpuszczamy. Ten Rosjanin ma inną mentalność. Dla niego pierwszy znaczący sukces to dopiero początek. Mnie to nie przeszkadza. Lubię ciężko pracować, czasem dostać po mordzie. Trenujemy razem już czwarty rok. Ojciec nie ma na mnie takiego wpływu, jak trener.

Oczekiwanie na walkę jest trudne? Czy w tym czasie pojawiają się momenty zwątpienia?
Rzeczywiście, chciałbym mieć ją już za sobą. Trudne chwile przychodzą na samym początku, zaraz jak zaczynają się przygotowania. Biegam i myślę: „Na co mi to wszystko potrzebne. Tyle wysiłku, wyrzeczeń”. Za chwilę przychodzi opamiętanie. To jest moje życie. Mam na utrzymaniu wspaniałą rodzinę, syna... Oni mnie motywują i ważne, żeby cały czas we mnie wierzyli. Nawet, jeśli nie wszystko idzie dobrze.

Pański syn Kacper ogląda pana w ringu?
Na razie nie zabieramy go na walki. Za dużo się wtedy dzieje. Harmider panujący podczas gali nie jest dobry dla dziecka, które we wrześniu będzie miało cztery lata. Zostaje z babcią albo chrzestną i - jak nie śpi - to ogląda mnie w telewizji. Zauważyłem, że kiedy jest ze mną, czuje się bardzo pewnie.

Kiedy został pan mistrzem świata życie nagle zwariowało?
Zdarzają się śmieszne sytuacje. Ludzie mnie rozpoznają, ale nie do końca. Przechodzą... niby idą dalej... wracają. Siedzieliśmy przy kawie. Kiedy moja narzeczona Małgosia została na chwilę sama słyszała: "Widziałeś, kto tam siedzi? To ten Diablo.” Ostatnio policjanci przepraszali, że muszą mnie ukarać za przekroczenie prędkości, bo wszystko się nagrało.

Bokserzy to balangowicze?
Bijemy się po głowach, więc nie wiadomo, co komu do łba strzeli. Poza tym mamy świadomość, że można dostać, upaść... Zazwyczaj nie dopuszcza się takiej myśli, ale odstresowanie i zapomnienie jest czasem potrzebne.

Na pana walkę 26 maja w Katowicach przygotowano 10 tys. biletów.
Pięknie byłoby, gdyby zjawiło się tyle ludzi. Zaskarbiliby sobie moją niesamowitą wdzięczność. Do tej pory największa publiczność przed jaką walczyłem to było 6 tys. kibiców. Jeśli są po twojej stronie, samo wejście na halę daje ogromnego kopa. Potem wspaniała jest cisza po gongu i wrzawa po akcji. Jak nic nie słychać, znaczy, że nic się nie dzieje.