To prawda, że 9 czerwca będzie pan walczył w Katowicach z Andrzejem Gołotą?
Prawda, proszę pana. W zeszłym tygodniu podpisałem kontrakt.

Kto doprowadził do tego pojedynku?
Jeden z menedżerów Dona Kinga zadzwonił do mnie i zapytał: "Jeremy, nie powalczyłbyś z Andrew Gołotą?". Powiedziałem: "O rany, no pewnie, że bym powalczył".

Dlaczego tak bardzo chce pan walczyć z Gołotą?
Jak mogłem odrzucić walkę z kimś, kogo od lat podziwiam? Od zawsze jestem fanem Andrew. To jeden z tych kolesi, którzy powinni być mistrzami świata, a nigdy nimi nie byli. Dlaczego? Miał pecha, no i zrobił w ringu kilka rzeczy, których nigdy nie powinien był zrobić. Ja go rozumiem, bo każdy bokser zagrał kiedyś nieczysto, a jeżeli nie zagrał, to na pewno to zrobi. Wie to każdy, kto walczył. Problemem Gołoty było to, że na swoje nieczyste sztuczki zawsze wybierał najgorszy moment. Ale to wielkie nazwisko, wielki bokser. Jestem zaszczycony, że będę z nim walczył.

Widział pan jego ostatnią walkę z Lamonem Brewsterem, przegraną w 53. sekundzie?
Oczywiście, widziałem prawie wszystkie ważne walki Gołoty. Nie można powiedzieć, że porażka z Brewsterem to jego koniec. Nie znam boksera, który nigdy nie został zraniony w ringu. Kiedy skaczesz do wody, musisz się zamoczyć. Kiedy wchodzisz do ringu, prędzej czy później dostaniesz baty.

Co pan wie o Gołocie?
Jest ogromny, to po pierwsze. Wygląda jak gladiator. Ma szybkie, niebezpieczne ręce. Trzeba na nie uważać.

A co polscy kibice powinni wiedzieć o panu?
Jestem twardym, ulicznym wojownikiem, który spróbuje znokautować Andrew Gołotę na jego ojczystej ziemi. Kibice zawsze chcą nokautu. Zrobię wszystko, by im zapewnić to, po co przyjdą do hali.

Ale oni będą kibicowali Gołocie. Będą chcieli, by to on znokautował pana.
Wiem, że będą za Gołotą, a nie za jakimś obcym facetem. Powinni go wspierać jako Polaka. Mam tylko nadzieję, że będą obiektywni.

Był pan kiedyś w Polsce?
W Polsce nigdy, ale byłem w Europie. Jako żołnierz marynarki wojennej stacjonowałem w Niemczech, czyli niedaleko Polski.

Wie pan coś o Polsce?
Absolutnie nic. Zobaczyłem tylko kilka rzeczy w internecie. Wygląda na to, że macie tam kilka ładnych miejsc.

Nie słyszał pan ani o Polaku papieżu ani o Lechu Wałęsie?
Słucham?

Ma pan pseudonim Bestia. Dlaczego?
Nigdy się nie cofam. Walczę dotąd, dopóki nie padnę ja, albo mój rywal. Ktoś musi zostać wyniesiony z ringu. Taka jest "Bestia". Przekona się pan 9 czerwca. Wszyscy Polacy się przekonają.

Dziewięć miesięcy temu walczył pan z czterokrotnym mistrzem świata, Evanderem Holyfieldem. On ma 44 lata i zdołał pana pokonać w drugiej rundzie.
Nie znokautował mnie, proszę to wyraźnie napisać. To sędzia przerwał walkę, a zrobił to zupełnie niesłusznie. Evander to wciąż doskonały bokser, nie mogę powiedzieć o nim ani jednego złego słowa. Ale nie pobił mnie na tyle, by przerywać walkę. Byłem bardzo niezadowolony, kiedy sędzia odesłał mnie do narożnika. Jak to panu wytłumaczyć... Przegrałem sam ze sobą, nie z Holyfieldem. To był jego powrót do boksu po prawie dwóch latach, czyli ogromne wydarzenie. Medialne nagłośnienie tej walki było niewiarygodne. Ludzie ciągle mnie śledzili. To było tak, jakbym nagle znalazł się na czerwonym dywanie w Hollywood. Te wszystkie kamery, dziennikarze. To mi najbardziej przeszkadzało.

Może dlatego, że nie jest pan profesjonalnym bokserem? Codziennie chodzi pan do pracy?
Dokładnie, pracuję dla firmy, która zajmuje się ciężkim sprzętem, głównie naprawianiem maszyn używanych w kopalniach. Nie jestem bokserem na pełnym etacie. Byłem, ale od jakichś sześciu, siedmiu lat nie jestem. Zawsze chodziłem do szkoły, chciałem mieć wykształcenie, ułożone, spokojne życie, być normalnym człowiekiem. I jestem, ale okazało się, że boks to moja miłość i co jakiś czas muszę walczyć. A już na pewno nie zrezygnowałbym z możliwości zmierzenia się z takimi gwiazdami, jak Holyfield czy Gołota.