W Paryżu wyszło wreszcie słońce, ale nie dla nas. Jedyna reprezentantka polskiego tenisa w turniejach singlowych na Roland Garros, Agnieszka Radwańska, przegrała z kretesem (1:6, 4:6) w pierwszej rundzie z Włoszką Mara Santangelo. Ta porażka mniej by bolała, gdy została poniesiona po walce. Tymczasem walki w meczu na korcie numer 6 w ogóle nie było. Radwańska nie potrafiła jej podjąć, choć na pewno próbowała. Tego jednak za bardzo nie było widać.

Można szukać dziesiątków usprawiedliwień dla młodej (18 lat) polskiej tenisistki. A to, że z powodu deszczu ciężko jej było w Paryżu trenować podczas dwóch pierwszych dni turnieju. A to, że styl gry Włoszki jej nie odpowiada. A to, że debiutowała wśród seniorek na Roland Garros. Nie zmienia to jednak podstawowego faktu - Agnieszka Radwańska zagrała we wtorek katastrofalnie słabo. Tak słabo, że każdy, kto ją zobaczył w akcji po raz pierwszy, miał prawo zapytać, jakim cudem Polka odnosiła wcześniej zwycięstwa nad Jeleną Dementiewą, Anastazją Myskiną, Venus Williams czy Martiną Hingis.

O meczu na korcie numer 6 niewiele da się napisać. Był jednostronny, nudny, a dla garstki Polaków po prostu przygnębiający. Ani się spostrzegliśmy, gdy było już po wszystkim. Po 20 minutach Radwańska przegrywała 0:5, nie dając nikomu nadziei na zmianę przebiegu wydarzeń. Zdobyła jednego gema, po czym znów zapadła w dziwną śpiączkę, z której nie obudziła się aż do końca pojedynku.

To prawda, że wysoka (185 cm) Mara Santangelo grała dobrze. Powtarzał to po meczu ojciec Agnieszki, Robert Radwański, powtarzała sama tenisistka. Ale wśród uczestników paryskiego turnieju ciężko spotkać kogokolwiek, kto gra słabo. Wszyscy spisują się dobrze lub bardzo dobrze. Z małymi wyjątkami, niestety. O Santangelo inne tenisistki mówią, że jej tenis jest "połamany". Przy bekhendzie wysoko podnosi łokieć, łamiąc wszelkie tenisowe kanony. Koleżanki dziwią się, że Mara grając w ten sposób doszła tak wysoko w światowym rankingu.

"Gdybym ja tak uderzała piłkę, nie trafiłabym ani razu w kort" - zapewniała Radwańska. Tymczasem Włoszka trafiała nie tylko w kort, ale i w linie. I to raz za razem, czym dodatkowo deprymowała Polkę. Ta oczywiście mogła robić to samo, ale tego dnia nie była w stanie. Agnieszka spóźniała się do piłek, zawiodło ją też uderzenie, dzięki któremu zdobywała zawsze sporo punktów, czyli dropszot. O lobach w wykonaniu Polki lepiej nie wspominać.

Robert Radwański robił dobrą minę do złej gry. Mówił o naukach, jakie płyną z takiej porażki. Wspominał o licznych okazjach do rehabilitacji. Mama tenisistki nie musiała nic mówić. Wystarczyło zobaczyć jej pogrzebową minę.

Polacy zostali więc w grze na Roland Garros tylko w deblu i mikście. Wiadomo jednak, że są to konkurencje drugorzędne i trzeba by którąś z nich wygrać, by zwrócić na siebie uwagę. Trudno na to liczyć. Zwłaszcza że w Paryżu przestało wreszcie padać. Dwa cudy w jednym miejscu? To się nie może zdarzyć.