"Mecze, o których mówi piłkarz, a które rozegrano po 2003 roku to sprawa od razu dla prokuratury" - mówi Tomczak. W rozmowie z DZIENNIKIEM były piłkarz Polonii Warszawa przedstawił listę ustawionych meczów, w okresie od maja 2003 roku do czerwca 2005 roku. Opowiedział nam o sytuacjach, kiedy działacze odmawiali piłkarzom wypłat premii, bo te szły na kupione mecze.

"Pytanie tylko, czy zawodnik nie wyprze się swoich słów?" - zastanawia się Tomczak. "Wielokrotnie bywało tak, że zawodnik najpierw chciał zabłysnąć i naopowiadał wkoło ile to on wie, a jak dochodziło do konkretnych zeznań, to niczego nie pamiętał" - dodaje przewodniczący Wydziału Dyscypliny.

Wątpliwości raczej nieuzasadnione, bo na prośbę Jarosiewicza daliśmy mu numer telefonu do prokuratury apelacyjnej we Wrocławiu, zajmującej się aferą korupcyjną w ligowej piłce. Piłkarz w tej chwili przebywa w Anglii, ale zapewnił nas, że w razie wezwania na pewno stawi sie w prokuraturze. "Nie wszystko ujawniłem. Mam jeszcze kilka asów w rękawie" - zapowiada piłkarz.

Dawni koledzy Jarosiewicza, co łatwo można było przewidzieć, wszystkiemu zaprzeczają. "Jestem strasznie zdziwiony. Kiedy ja byłem w Polonii, ani razu nie słyszałem o czymś takim" - mówi podniesionym głosem Dariusz Dźwigała, chociaż, jak wykazali to niezbicie prokuratorzy z Wrocławia, powszechne ustawianie meczów w tych czasach było tajemnicą poliszynela. Ale on oczywiście o niczym nie wiedział, o niczym nie słyszał.

Dźwigała ma też powody, żeby się denerwować. Jeden z meczów wymienionych przez Jarosiewicza to ten z Górnikiem Polkowice, kiedy Polonia przegrała 0:1, a Dżwigała nie wykorzystał karnego. Słowom Jarosiewicza zaprzecza też Marek Ruszkiewicz, były członek zarządu, który miał wchodzić do szatni i zbierać od piłkarzy "datki". "Nigdy nie weszliśmy do szatni z pieniędzmi i nie powiedzieliśmy im, że się podkładamy, czy kupujemy mecz" - twierdzi Ruszkiewicz. Faktem jest jednak, że to właśnie ten działacz rzucił się po jednym ze spotkań na Jarosiewicza i zaczął go dusić. Piłkarz twierdzi, że wtedy działacze chcieli kupić mecz, a piłkarze się "nie spisali" jak należy.

"To wszystko jest bzdura. Łukasz ma żal do Polonii. Znałem go najlepiej, on miał problemy z używkami i alkoholem. A teraz chciał zaistnieć w prasie" - uważa Jacek Kosmalski. Jako dowód pokazuje sms od Jarosiewicza, w którym napastnik Polonii grozi, że "rozwali ten pier... klub". Jarosiewicz był załamany i rozczarowany przebiegiem swojej kariery, kontuzją i stosunkiem władz Polonii do niego. W tym stanie ducha na pewno jego motywacją była także chęć odegrania się na tych, na których się zawiódł. Ale to nie oznacza, że zmyśla.

"Na pewno nie zlekceważymy tej sprawy. Kwestię wiarygodności piłkarza też zbadamy, ale na razie nie mam żadnego powodu, żeby mu nie wierzyć" - mówi Tomczak. O potencjalnych konsekwencjach nie ma mowy, aż do czasu wyjaśnienia sprawy przez prokuraturę.