Jak pani się czuje, jako bohaterka historycznego dokonania w polskim tenisie?
Trochę już do mnie dotarło jakie znaczenie miało zwycięstwo w Sztokholmie. Na początku po prostu cieszyłam się ze zdobycie pierwszego w karierze tytułu WTA. Okazało się, że to jest wielkie halo, bo jestem w ogóle pierwsza w Polsce. Odczułam to dopiero po przyjeździe do kraju.

Na fetowanie zwycięstwa ma pani niewiele czasu.
Dosłownie chwileczkę, bo w Krakowie spędzę tylko jeden dzień - dokładnie zaplanowany. Nie było mnie w domu dwa miesiące, więc sporo czasu zajęło mi przejrzenie korespondencji. Do tego trening, spotkanie z dziennikarzami... Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze pójść do fryzjera. A potem muszę się spakować, bo we wtorek rano lecimy do Stanów.

Trofeum stanie na honorowym miejscu?
Za zwycięstwo w Sztokholmie dostałam dwie wazy ze specjalnego szwedzkiego szkła, podobno najlepszego na świecie. Jeszcze nie wiem, gdzie je postawię. Nie mam już w pokoju miejsca na puchary.

Czy wygłoszenie przemówienia podczas dekoracji było stresujące?
Wcale. Zresztą odbierałam już wcześniej nagrody. Ostatnio, zaledwie miesiąc temu, kiedy wygrałam turniej ITF w Bielli we Włoszech. Tam było jeszcze bardziej oficjalnie. Zagrano hymn, dostałam jeszcze wyróżnienie fair play, a nagrody rzeczowe były bez porównania lepsze.

Wygranie pierwszego turnieju WTA nie okazało się chyba zbyt trudne?
Rzeczywiście. Nawet porównując go ze wspomnianym turniejem w Bielli. Mimo iż to teoretycznie niższa ranga, a mecze były trudniejsze i dłuższe, jak to na kortach ziemnych. Półfinał z Flavią Penettą skończył się tie-breakiem w decydującym secie, więc mogło być różnie. W Sztokholmie ani razu nie było zagrożenia, że przegram seta. Ale od początku do końca grałam dobrze, byłam skoncentrowana. Inaczej nie pokonałabym pięciu kolejnych rywalek.

Która z nich sprawiła pani najwięcej trudności?
Chyba Pironkowa. Zresztą widać po wyniku - 6:4, 6:3. Mecz z nią był drugim tego dnia. Ale ona była jeszcze bardziej zmęczona. Mogło być inaczej gdybyśmy grały następnego dnia. Pironkowa najlepiej wypada na twardych kortach. Grałam z nią 6 razy, ale pokonała mnie tylko raz, właśnie na tej nawierzchni. Miałam wtedy kłopoty ze stopami, ale i tak było widać różnicę w jej grze.

Ciekawostką turnieju był pani mecz z Martą Domachowską. To musiało być wyzwanie bardziej mentalne?
Przede wszystkim przeżycie dla kibiców, bo dwie Polki zagrały przeciwko sobie w II rundzie turnieju WTA. W końcu nie ma nas aż tak wiele. Ja podeszłam jak do normalnego meczu, od początku czułam się faworytką. A Marta wyszła bardzo spięta. Dopiero w drugim secie stać ją było na dobrą grę. Wytrzymywała dłuższe wymiany. Przełamanie jej serwisu wcale nie przyszło mi łatwo.

Przed US Open zagra pani w New Haven. Ten turniej rusza 20 sierpnia, co będzie pani robić do tego czasu?
Aklimatyzować się, trenować, przyzwyczajać do nawierzchni.

Rok temu w New Haven pokonała pani Martinę Hingis. Czy tym razem możemy oczekiwać niespodzianki w wielkoszlemowym US Open?
To zależy przede wszystkim od losowania. Nie wiadomo jeszcze, czy będę rozstawiona. Jeśli tak, w pierwszych dwóch rundach nie mogę spotkać się z nikim z pierwszej 30-tki. Teoretycznie więc początek turnieju powinien być łatwiejszy. Ale zdarzają się niespodzianki. Mój plan jest prosty ? grać najlepiej jak umiem od samego początku i przede wszystkim wierzyć, że mogę wygrać.