Szkoła wojowników

Lipiec, Jakubowo koło Mrągowa, pierwszy obóz MMA w Polsce. Organizatorem jest federacja KSW, jedna z największych w Europie. Na macie kilkudziesięciu amatorów walki. Instruktor stoi nad leżącym rywalem, prezentując kolejną technikę.

"Przede wszystkim kontrola. Jeśli podnosi nogę, to raz czy dwa kopiemy, żeby opuścił. Wtedy trzeba go oszukać".

Następuje szybkie szarpnięcie za nogę leżącego i agresor zyskuje miejsce do ataku. Omija nogi i wchodzi głębokim wykrokiem w stronę głowy bezbronnego rywala.

"Nawet jeśli nie wolno kopać w głowę, to symulujemy kopnięcie. To jest odruch, na pewno się zasłoni. Wtedy przechodzimy do techniki w parterze lub dosiadu. A jeśli wolno, to kopiemy" - objaśnia instruktor. To Krzysztof Kułak, jeden z fighterów KSW Team, który ma za sobą 34 walki MMA.

Zaraz potem kolejna technika.

"To nie jest ani duszenie, ani nic, to takie miażdżenie kręgosłupa. Jak wyjdzie, to wyjdzie" - opisuje prowadzący zajęcia, a adepci MMA z uwagą słuchają każdego słowa. Po co tu są? Żeby choć raz przeżyć taki moment.

Maj, warszawski Torwar, gala Konfrontacje Sztuk Walki. Na trybunach kilka tysięcy osób, wolnych miejsc brak. Większość kibiców wyglądem przypomina zawodników walczących w ringu. Krótkie fryzury, sportowe sylwetki. Reagują bardzo żywo. Walka wieczoru. Reflektory, fajerwerki, głośne dźwięki samby i kilka tancerek poruszających biodrami, jakby były na karnawale w Rio. To wszystko na powitanie Brazylijczyka Daniela Acacio. Zaraz potem z głośników płyną słowa piosenki „Eto Kavkaz”, a publiczność ogarnia nienaturalne podniecenie. Zza kulis wyłania się on - Mamed Khalidov. Kaukaskie rysy zdradzają czeczeńskie pochodzenie. Na twarzy maluje się wielki spokój. Idzie powoli, leniwie pozdrawia widzów. Krok po kroku zbliża się do ringu. Wreszcie wchodzi między liny, staje naprzeciw Brazylijczyka. Jest gotowy.

"Przed walką i po niej nie odczuwam agresji wobec żadnego przeciwnika. Kiedy jest gong, jestem tylko ja i on, i mamy sobie coś do wyjaśnienia. W sensie: kto jest lepszy" - mówi Mamed. "Co się wtedy czuję? Wiadomo, adrenalinę. Ten dreszczyk. Nie wiem, jak to określić, ale to jest. Po prostu to kocham".

Poczuć to coś

Adrenalina to słowo klucz. "Ona tak cholernie uzależnia, że kiedy miałem półroczną przerwę od walk, to czułem się nieswojo" - wyjaśnia Łukasz „Juras” Jurkowski, triumfator I Konfrontacji Sztuk Walki. "Nie chodzi o samą walkę, ale także o atmosferę, nerwówkę na dzień przed wyjściem do ringu, szatnię, widownię, krzyczący tłum. Kiedy stanę już między linami, to ta adrenalina znika. Jest cisza, spokój, przeciwnik i taktyka. Ale samo wyjście do walki jest niesamowite. To jest coś, czego potrzebuję i bez czego nie wyobrażam sobie życia".

"Gdy wchodzę do ringu, czuję się wybrańcem. Niewiele osób może walczyć w takich galach, być oglądanym w telewizji przez miliony ludzi" - dodaje Antoni Chmielewski, inny z fighterów. "Najfajniej jest przed samą walką, kiedy już jestem na backstage’u i czekam na wywołanie do ringu. W tym momencie, na te kilka chwil przed walką, adrenalina buzuje wprost niesamowicie. Jest podniecenie, euforia, obawa, strach... Dochodząc do ringu, aż się trzęsę, przechodzą mnie dreszcze".

Maj, Torwar. Rozlega się gong. Spokojny do tej pory Khalidov nagle zmienia się w wulkan energii. Pierwszy atak rywal odpiera, próbuje nawet kontrować. Teraz błyskawiczne okrężne kopnięcie, noga Mameda mija twarz Brazylijczyka o centymetry. Zwarcie przy linach. Agresor niespodziewanie odbija się od maty i kolanem trafia przeciwnika w policzek. To jest początek końca. Khalidov rzuca się na oszołomionego Acacio, dopada go przy linach i kilkakrotnie trafia potężnymi ciosami w szczękę. Brazylijczyk przewraca się na ring, ale prześladowca doskakuje do niego i pięściami niemal wbija mu głowę w matę. Sędzia odciąga Czeczeńca od nieprzytomnego rywala i przerywa walkę. Na trybunach totalny amok. Wszystko trwało 70 sekund.

"Niektórzy mówili, że sędzia za późno przerwał walkę, ale gdyby skończył ją już po moim podbródkowym, to przeciwnik mógłby mieć pretensje, że został pozbawiony szansy" - opowiada Mamed. "To była bardzo ważna walka o pas federacji KSW, rywal też nie był jakiś pierwszy lepszy, bił się na galach, o których ja zawsze marzyłem i wygrywał tam".

Lipiec, Jakubowo. Młodzi adepci MMA na pożegnanie obozu siedzą przy ognisku obok swoich idoli. Marzą, by kiedyś iść w ich ślady.

"Po co mam siedzieć w domu i oglądać <M jak miłość>? Wolę iść na trening, pobić się z chłopakami,poczuć adrenalinę, wiedzieć, że żyję" - uzasadnia swoją obecność w Jakubowie 23-letni Jacek Doliński z Dąbrowy Górniczej. On walczył już w galach MMA. "Zapłaciłem 30 zł startowego i wziąłem udział w amatorskiej gali w Olsztynie. Niestety przegrałem swoją walkę. W drugich zawodach najpierw miałem wolny los, potem wygrałem na punkty, ale w trzeciej walce wymiękłem psychicznie. Dlaczego? Po prostu zobaczyłem gościa, który cały jest wytatuowany, przypakowany i wygląda jak zabójca".

Absolutni wariaci

Najlepsi fighterzy w Japonii, a zwłaszcza w USA, zarabiają bardzo dobrze. Paweł Nastula, który jako pierwszy z Polaków brał udział w najlepszych galach, dostawał ponoć 20 tys. dol. za walkę. Na kilkanaście tysięcy mogą liczyć Kanadyjczyk polskiego pochodzenia Krzysztof Soszyński i Tomasz Drwal, którzy walczyli w UFC - najbardziej prestiżowej gali w USA. Gwiazdy zarabiają krocie. Amerykański zapaśnik Josh Barnett za swój ostatni pojedynek w UFC skasował 500 tys. dol. A oprócz honorarium ma jeszcze kontrakty sponsorskie. To jednak i tak nic w porównaniu z gażą Białorusina Andrieja Arłowskiego, znanego z roli w filmie „Universal Soldier” u boku Jeana-Claude’a Van Damme’a. Za walkę z Rosjaninem Fiodorem Jemieljanienką o mistrzostwo świata WMA, notabene przegraną, na jego konto przelano... 1,5 mln dol.

O tym, ile zarabia się na walkach MMA w Polsce, nie chcą mówić ani zawodnicy, ani promotorzy. "Z tego, co wiem, to w Europie najlepiej płaci KSW, może z małymi wyjątkami. Jednak jeśli chodzi o świat, to jest to zupełnie inna bajka" - mówi Khalidov.

"Ile płacimy? O wiele za mało" - wymijająco odpowiada Maciej Kawulski, współwłaściciel federacji KSW, promotor MMA. "Chciałbym chłopakom płacić znacznie więcej, ale u nas nie ma rynku. Na razie obserwujemy boom popularności, ale daleko nam jeszcze do boomu finansowego. Ci, którzy zajmują się MMA, to absolutni wariaci, bo każdy może sobie wybrać z pięć innych branży, by lepiej budować swoją przyszłość. Ale to jest właśnie pasja".

Jeden z zawodników zdradził kiedyś, że zwycięzca którejś z wcześniejszych gali KSW zarobił 3 tys. dol. Zważywszy na to, że fighterzy stają do ringu raz na 3 - 4 miesiące, widać, że z MMA w Polsce nie da się wyżyć. Zawodnicy muszą więc dorabiać. Khalidov niedawno otworzył w Olsztynie sklep ze sprzętem sportowym i odżywkami. Jurkowski prowadzi dwie sekcje w Warszawie - jedną MMA, drugą zbliżoną do taekwondo, czasem komentuje też walki w Eurosporcie i Polsacie Sport. Chmielewski planuje i prowadzi treningi indywidualne, a także serwisuje stanowiska PepsiCo. Każdy z nich marzy o tym, żeby podpisać kontrakt z którąś z największych organizacji za oceanem i móc skupić się tylko na treningu oraz walkach.

Sto orgazmów naraz

Jedyna rzecz, która może się równać z uczuciem, jakie towarzyszy wyjściu do walki, jest wygrana przez nokaut.

"Każde zwycięstwo przed czasem, kiedy patrzysz, jak przeciwnik leży na macie, to niesamowity strzał adrenaliny, euforia, setka orgazmów naraz. Trzeba to poczuć, żeby zrozumieć. A kiedy poczujesz, to chcesz czuć znowu" - opowiada „Juras”.

Khalidov wygrał kiedyś walkę, walcząc ze złamanym palcem. Wygrał przez TKO z Amerykaninem Jasonem Guidą. To było w Hammond, w Indianie.

"Uderzyłem rywala w szczękę i poczułem ból. To nie było otwarte złamanie, ale czułem, że kciuk jakoś dziwnie mi sterczy pod skórą" - opowiada. "Poszedłem do swojego narożnika i mówię, że chyba mam złamany palec. Odpowiedzieli, że wygrywam, i zapytali, czy dam radę walczyć dalej. Pociągnąłem i sam wstawiłem kciuk z powrotem na miejsce i walczyłem do końca. Przy każdym uderzeniu czułem bardzo silny ból, ale jakoś udało się wygrać. Zadziałała adrenalina. Człowiek jest w stanie wiele znieść, to nie jest nic nadzwyczajnego. Największy ból był godzinę po walce".

Mamed pochodzi z Groznego. Jako dzieciak naoglądał się filmów z Bruce’em Lee i chciał trenować. Cokolwiek: kung-fu, karate, aby tylko się bić. Najpierw była prowizorka, potem normalny klub. Jednak wybuchła wojna, Rosjanie zaczęli bombardować stolicę Czeczenii. Mamed wyjechał do Polski. Przez rok mieszkał we Wrocławiu, potem trafił do Olsztyna, gdzie skończył studia administracji i marketingu. W mieście mówią o nim: „dajcie Mamedowi piłkę do kosza, a za dwa miesiące będzie koszykarzem”. Bo jest wybitnie uzdolniony. Zanim wziął się za MMA, przez trzy lata ćwiczył zapasy, zdobywał różne pasy w taekwondo, trenował boks i kick-boxing. Widząc go dzisiaj w ringu, można odnieść wrażenie, że jest nie do pokonania. Jednak i on przegrywał. Na początku przygody z MMA stoczył trzy walki na Litwie i wszystkie przegrał. Ostatnią cztery lata temu.

"Dopiero po tej trzeciej walce nauczyłem się bić. Jak rozkładać siły, kiedy atakować, kiedy odpuścić. Nigdy więcej już nie przegrałem" = mówi Mamed, który nie zaznał goryczy porażki w kolejnych 17 walkach.

Ryzyko zawodowe

Czasem na ringu dzieją się rzeczy, które trudno przewidzieć. Nie zawsze też wszystko dobywa się w duchu fair play.

"W walce z Holendrem Dave’em Dalglieshem pierwsza runda była dla mnie, miałem go w końcówce na knockdownie, uratował go gong" - wspomina Jurkowski. "W drugiej przewróciłem się i dostałem kolano w tył głowy. Zdążyłem to jeszcze zasygnalizować, potem dostałem drugie kolano, też w tył głowy, które już mnie wyłączyło. Nie pamiętam, co się później działo. Świadomość wróciła mi dopiero 15 minut po walce, zacząłem orientować się, że jestem w szatni. Po walce miałem założone cztery szwy, idealnie na potylicy, więc nie było żadnej wątpliwości, że to był faul. Jednak sędzia ogłosił KO".

"Łukasz wyglądał wtedy tragicznie" - wtrąca Katarzyna Jurkowska, żona „Jurasa”. "Nie patrzę na to. Gdy pokazują walki na żywo, to wyłączam telewizor. Czasem oglądam powtórki, ale to nie jest nic miłego. Sam sport lubię, mogę patrzeć, jak inni się leją, ale nie wtedy, gdy walczy mąż".

Jurkowski wcześniej uprawiał taekwondo - z powodzeniem. W 2004 r. w Orlando zdobył Puchar Świata. Porzucił ten sport, ponieważ miał kłopoty z sędziami. W ferworze walki nie zawsze potrafił się powstrzymać i czasem wykraczał poza ramy formuły light contact. Z tego powodu często przegrywał przez dyskwalifikację.

"Kontuzje? Czasem są. Niektórzy są tacy ambitni, iż mimo że ktoś założy im czystą dźwignię, z której nie ma ucieczki, nie klepią i wtedy łamie się im stawy. To jest realna walka i nikt nikogo nie będzie oszczędzał. Ale przecież to nie o to chodzi. Nie bijemy się na śmierć i życie, tylko robimy show, które ma się podobać ludziom" - dodaje Chmielewski. "Czy mi się kiedyś coś stało? Choćby w ostatniej walce. Przeciwnik wyprowadził kopnięcie, ja zrobiłem unik, ale noga prześlizgnęła mi się po czubku głowy. Miałem poważne rozcięcie. Cutmeni próbowali zatamować krew, ale rywal cały czas wsadzał mi w ranę paluchy, żebym ciągle krwawił i został wycofany przez sędziów. Czasami tak bywa".

Takie walki publika lubi najbardziej. Za granicą kibice reagują często inaczej niż w Polsce, bardziej gwałtownie. "W Chorwacji wygrałem uczciwie walkę, a kibice mnie wygwizdali, coś tam krzyczeli, masakra" - wspomina Khalidov. "Mój przeciwnik zachował się bardzo brzydko. Założyłem mu dźwignię, on odklepał, a kiedy wstałem, kopnął mnie w plecy. Czy coś wtedy zrobiłem? Chciałem, ale trenerzy szybko mnie uspokoili. Jestem zawodnikiem, cofnąłem się. Uważam, że jeżeli przeciwnik zrobił coś takiego, to sam siebie poniżył".

Strach jest im nieobcy. Nie kryją się z tym. "Tylko idiota się nie boi. W ringu można nieźle dostać" - mówi „Juras”. – Każdy z nas jest świadomy ryzyka. Ja często walczę ryzykownie, bo lubię dać dobry show. Ale wypadki, kontuzje zdarzają się w każdej dziedzinie życia. Oczywiście my trochę kusimy los, ale jeżeli ktoś będzie o tym myślał, to nigdy nie wygra walki. Przed każdą walką wierzę w to, że mam takie umiejętności, że nie dam sobie zrobić krzywdy.

"Przed walkami podpisujemy oświadczenie, w którym zobowiązujemy się do tego, że będziemy walczyć sportowo, znamy przepisy i nic nie ma prawa wyskoczyć poza ich ramy" - dodaje Chmielewski. – Jesteśmy też ubezpieczeni od następstw nieszczęśliwych wypadków przez organizatora, można też wykupić sobie dodatkową polisę.

Gladiatorzy czy sportowcy?

Skojarzenia pojedynków MMA z walkami gladiatorów są jednak oczywiste. Współczesne normy społeczne nie pozwalają walczyć na śmierć i życie, ale bardziej realnych walk nie przewidują dziś przepisy żadnej innej dyscypliny sportu. Jednak zawodnicy nie lubią takich porównań.

"Można by tak to nazwać, ale ja raczej określiłbym nasze walki jako sport ekstremalny" - przyznaje Chmielewski, były obiecujący judoka, któremu w karierze na tatami przeszkodziła wrodzona wada nerek. Z jej powodu musiał przejść dwie operacje i w judo postawiono na nim krzyżyk. Zajął się więc MMA. I studiami. Niedługo broni tytułu magistra warszawskiej AWF. "Są narciarze, którzy wolno zjeżdżają po stoku slalomem, i są tacy, którzy pędzą, zjeżdżając z pięciotysięczników bez żadnej asekuracji, i to dostarcza im adrenaliny. Widocznie mi potrzebna jest ta adrenalina, jaka wydziela się podczas walki".

"Na samym początku miałem takie magiczne uczucie, że robimy coś wyjątkowego, że wracamy do korzeni. Jednak im dłużej to robię, tym coraz bardziej czuję się promotorem zwykłej dyscypliny sportu" - dodaje Kawulski.

Walki MMA wymyślono na początku lat 90. w USA. Początkowo walczyli między sobą zawodnicy specjalizujący się stricte w swoich stylach walki. Kiedy karateka walczył z zapaśnikiem, to obaj wychodzili do oktagonu (popularnej klatki) w strojach charakterystycznych dla swoich dyscyplin sportu i rękawicach. Teraz zawodnicy trenują wszystkie style. Ścisła specjalizacja nie gwarantuje sukcesów. Przekonał się o tym były mistrz olimpijski w judo Paweł Nastula, który ze swoich pięciu walk w MMA przegrał cztery, w tym dwie przez nokaut.

"Nie mam wątpliwości, że MMA to przyszłość sportów walki. Boks umiera, a chyba ostatnim gwoździem do trumny była walka Wałujewa z Holyfieldem. Nie ma bohaterów. Wystarczy spojrzeć, jak w USA sprzedaje się pay-per-view na walki bokserskie i MMA. W telewizji nasza ostatnia gala miała lepszą oglądalność niż walka Diablo Włodarczyka" - mówi Kawulski i wyjaśnia ten fenomen: "MMA to jest prawda o walce, jej ostatni bastion w sportach walki. Ludzie chcą prawdy".

Ciężkie pytanie

Skoro to tylko sport, to czy mogliby naprzeciw siebie stanąć dwaj przyjaciele? Na przykład Mamed i „Juras”?

"Nie. Po co?" - zdecydowanie odżegnuje się od takiego pomysłu Khalidov. "Jesteśmy przyjaciółmi, nie widzi mi się, żebyśmy mieli się bić na poważnie. Niby to jest tylko sport, ale jesteśmy ludźmi, coś po takiej walce na pewno w głowie zostaje".

Łukasz zastanawia się znacznie dłużej. "Ciężkie pytanie. Traktuję MMA jako sport i mój zawód, więc jeśli dostalibyśmy bardzo dobrą ofertę, to ta walka byłaby możliwa" - mówi. "Poza ringiem możemy być przyjaciółmi, ale między linami walczylibyśmy na sto procent i żaden z nas nie miałby pretensji za nokaut czy jakąkolwiek inną krzywdę. Na pewno nie byłoby ciosów po gongu czy przeciągania dźwigni, co zdarza się podczas walk z rywalem, który jest ci obojętny, gdy wyzwala się agresja. Kiedyś śmialiśmy się z chłopakami z KSW, że sporym wydarzeniem byłaby moja walka z Krzyśkiem Kułakiem, którego znam wiele lat i który jest moim dobrym kolegą. Odpowiedziałem: <Krzysiu, wchodzimy w to, ale muszą nam zapłacić po 50 tys.>, i było po temacie. Myślę, że Mamed z rozsądku też by przyjął ofertę walki ze mną za duże pieniądze. Koleżeństwo w świecie fighterów to bardzo rzadka sytuacja. Choć jeśli chodzi o aspekt sportowy, to do Mameda nie chciałbym wychodzić.