Dla pochodzącego z Kaliforni Speeda niedzielne Grand Prix Kanady skończyło się dość szybko. Kierowca Toro Rosso po kolizji z Alexandrem Wurzem, już na 8. okrążeniu, był przekonany, że w tym wyścigu nic emocjonującego już go nie spotka. Nic bardziej mylnego... Kilkanaście okrążeń później przeżył jeszcze jeden, znacznie większy skok adrenaliny.

Występujący drugi sezon w F1 Speed zaparkował swój uszkodzony bolid w zatoczce między zakrętami numer 9 i 10. Sam obserwował rywalizację na torze siedząc na murku i opierając się o beczkę. Dosłownie kilkadziesiąt sekund przed wypadkiem Kubicy to miejsce mu się znudziło.

Amerykanin zeskoczył z betonowej bariery i przesiadł się na ustawione przed nią krzesło. Rozparł się w nim jak w kinie i zobaczył przedstawienie, którego nie zapomni do końca życia. "Auto Roberta przeleciało w powietrzu jakieś pięć metrów ode mnie. Gdy to się stało, siedziałem niedaleko mojego uszkodzonego samochodu i ze strachu prawie narobiłem w spodnie" - przyznał.

Amerykanin uważa, że feralne miejsce nie musi być lepiej zabezpieczone, by skuteczniej wyhamować samochód przed uderzeniem w złożoną z betonowych elementów ścianę. "Tu żadne zabezpieczenie by nie pomogło. Kubica zawdzięcza życie nieustannemu rozwojowi bolidów pod kątem bezpieczeństwa zawodników" - twierdzi jeden z najbliższych świadków koszmarnego wypadku naszego kierowcy.