Zgodnie z przewidywaniami testy przeprowadzone w centrum medycznym na torze Magny-Cours były dla Kubicy formalnością. Przed wyścigiem w Indianapolis, w którym ostatecznie nie wziął udziału, na decyzję lekarzy czekał dwie godziny. Tym razem opuścił gabinet lekarski po zaledwie 45 minutach. Badania sprawdzające m.in. refleks, koncentrację oraz ogólny stan fizyczny przeszedł bez problemów i doktor Gary Hartstein, szef ekipy medycznej w F1, nie miał powodu, by zabronić naszemu zawodnikowi wyjazdu na tor.

"W USA było podobnie" - mówił wyraźnie zadowolony z korzystnej dla niego decyzji Robert. "Pechowo dla mnie tamtejsze zawody rozgrywano zaledwie tydzień po wypadku. Ryzyko odniesienia poważnych obrażeń w kolejnym wypadku było zbyt wielkie. Cieszę się, że przymusowe wolne trwało tylko jeden wyścig" - dodał Kubica, który ostatnią rundę Grand Prix obejrzał w telewizji grając przy okazji w pokera ze znajomymi.

Dzisiaj rano, niemal trzy tygodnie po wypadku w Kanadzie, wsiądzie do bolidu i wyjedzie na trening. Twierdzi, że nie boi się powrotu na tor. "Nie widzę powodu, dlaczego miałbym się bać. Podchodzę do tego na luzie. Wielokrotnie widziałem zdjęcia i film. Nie życzę nikomu takich przeżyć, bo wyglądało to okropnie. Miałem szczęście, że skończyło się w taki sposób. Oczywiście lepiej, gdyby taki wypadek nie miał miejsca, ale to nie była tragedia. Dwie godziny po wypadku czułem się już dobrze" - przekonuje.

W trakcie GP USA Kubicę w drugim samochodzie BMW Sauber zastąpił rezerwowy kierowca tego teamu, młodziutki Niemiec Sebastian Vettel. Po tym jak w debiutanckim wyścigu zdobył punkt, niemieckie media od razu zaczęły spekulować, że wkrótce używanym przez Polaka bolidem z numerem 10 Vettel będzie jeździł na stałe. Robert nie boi się takiego obrotu spraw. "W tym momencie w zespole nie ma nikogo szybszego ode mnie. Więc kto miałby mnie zastąpić?" - pyta pewny siebie.

Jest przekonany, że przeżyty wypadek nie będzie miał wpływu na jego agresywny styl jazdy. Nie chce jednak porównywać obecnej sytuacji z wypadkiem samochodowym, w którym jadąc jako pasażer złamał rękę.

Tamto wydarzenie nie miało negatywnego wpływu na jego karierę. "To zupełnie inne sprawy. Na drodze nie jesteś sam. Nie masz wpływu na pozostałych użytkowników i nie wiesz, co się może wydarzyć. Zwykłym samochodem jeżdżę więc powoli. Szybkiej jazdy mam dość na torze. Tam też nie da się przewidzieć wszystkiego, o czym świadczy sytuacja z Montrealu, gdzie ja i Jarno Trulli zetknęliśmy się bolidami. Jednak większość ludzi zupełnie nie wyobraża sobie, co może się wydarzyć w razie wypadku. Nie można zapomnieć o ryzyku. Szczególnie w Polsce, gdzie drogi są w kiepskim stanie, trzeba uważać" - przypomina Kubica.