Ryszard Opiatowski: Jak pan ocenia start Roberta we Francji?
Artur Kubica: Cieszę się, że wypadek nie wpłynął na szybkość Roberta. Ważne, że wreszcie mógł wystartować w wyścigu i że miał dobrze ustawiony samochód. Może to będzie jakiś przełom w zespole BMW. Liczę, że jeszcze w tym roku kierowca tego teamu stanie na podium i że będzie to Robert.

Biło panu szybciej serce?
Zawsze bije mi szybciej, gdy syn startuje w wyścigach, niezmiennie od 12 lat. Nie potrafię zachować dystansu do tego wszystkiego. Czuję ścisk w gardle.

Dobrze, że Robert nie został dopuszczony do startu w USA i miał dłuższą przerwę?
Dla jego bezpieczeństwa nie miało to większego znaczenia. Jestem przekonany, że gdyby startował w USA, zająłby dobre miejsce. Robert był trochę rozczarowany, z drugiej strony rozumiał decyzję komisji lekarskiej. Najważniejsze, że czuł się dobrze po wypadku.

Kiedyś mówił pan, że nie boi się o syna. Czy to się zmieniło?
Nie, choć ten wypadek pokazał, że to może przydarzyć się każdemu. Robert nigdy wcześniej nie miał takiego wypadku. Na szczęście zabezpieczenia w Formule 1 są tak dobre, że synowi nic się stało. Przede wszystkim kokpit i system HANS. Być może to właśnie on uratował życie Robertowi.

Mówi się też o cudzie...
Na pewno było wiele korzystnych zbiegów okoliczności, które spowodowały, że ten wypadek skończył się szczęśliwie. Odpowiedni kąt uderzenia, oderwane dwa koła, co spowodowało wytracenie prędkości... Jedni nazwą to cudem, inni zbiegiem okoliczności. Ale jeśli jest opatrzność, to z pewnością czuwa nad Robertem.

Kiedy na kasku pańskiego syna pojawił się napis "Jan Paweł II"?
W 2005 roku po śmierci papieża. Robert w ten sposób chciał uhonorować Jana Pawła II.

Ile minut po wypadku dowiedział się pan, że z Robertem jest wszystko w porządku?
Jakieś 20-30 minut czekałem na wiadomość. To były chyba najdłuższe minuty w moim życiu. Gdy zadzwonił Daniel Morelli i powiedział, że Robert jest przytomny i nie odniósł poważniejszej kontuzji, wówczas trochę się uspokoiłem, choć niepewność jeszcze była. Całkowicie się uspokoiłem po powtórnym badaniu.

Robert powiedział, że gdyby był 15 centymetrów niższy, nie skręciłby nawet kostki.
To prawda. W kokpicie jest mało miejsca i Robert ma stopy maksymalnie wysunięte do przodu. Jego pozycja nie jest zbyt komfortowa, ponieważ przepisy wymagają zastosowania 40-centymetrowej strefy bezpieczeństwa przed pedałami.

Wypadek zmienił syna?
Nie. Wczorajszy wyścig pokazał, że Robert jeździ tak samo, jak przed Montrealem. Syn ma chłodną głowę, dzięki czemu potrafił błyskawicznie zareagować podczas wypadku. Zdjął ręce z kierownicy i przycisnął je do piersi, co prawdopodobnie uchroniło go przed kontuzją dłoni. Potrafił zachować jasność umysłu, mając przed sobą ścianę i pędząc ponad 200 km/h. Gdy stanął, poruszył rękami i nogami. Stwierdził, że nic poza kostką go nie boli. Robert nie poddaje się emocjom. Bez względu na to, czy są one pozytywne, czy negatywne.

Nie bał się pan, że Vettel na stałe zastąpi Kubicę w zespole?
Ani przez moment. Jeżeli ktokolwiek miał wątpliwości, jak jeździ młody Niemiec, przestał je mieć po wyścigu w USA. Vettel nie jest kierowcą, który mógłby w pełni zastąpić Roberta. W Indianapolis pojechał zachowawczo, tak by tylko dojechać do mety. Jeśli Niemcy szukają następcy Michaela Schumachera, to nie jest nim Vettel.