Wcześniejsze informacje mówiły o najbardziej sensacyjnej karze w historii Formuły 1. Zespół McLaren miał być wykluczony z wyścigów w tym i następnym sezonie.

Międzynarodowa Federacja Samochodowa (FIA) zdecydowała, że McLaren straci wszystkie punkty i zapłaci 100 mln dolarów kary, ale jego bolidy nie przestaną się ścigać. Kierowcy drużyny - Lewis Hamilton i Fernando Alonso, którzy są na pierwszym i drugim miejscu w klasyfikacji tegorocznej Formuły 1 - zachowają cenne punkty.

Zespół będzie jednak musiał udowodnić przed każdym wyścigiem, że w jego bolidach nie ma żadnych "własności intelektualnych", skradzionych innym zespołom.

"Czy sprawiedliwości stało się zadość?" - pytali dziennikarze po posiedzeniu. "Tak" - odpowiedział prezydent FIA Max Mosley. "FIA nie chce zniszczyć McLarena, by nie zaszkodzić całej Formule 1. Ta kara ich nie wyeliminuje, ale i tak zaboli" - komentuje BBC.

Zespół McLaren prowadził wśród konstruktorów. Jednak szef konkurencji Ferrari był przekonany, że to jego stajnia zasługuje na tytuł najlepszej. "Nie mam nic przeciwko zdobyciu mistrzostwa nawet w sądzie" - powiedział niedawno. Teraz jest już niemal pewne, że Ferrari będzie mistrzem tego sezonu.

"Ferrari jest szczęśliwe, że prawda wreszcie zatriumfowała" - powiedziały dziennikarzom BBC władze zespołu.

"Jeżeli kierowcy nie zostali wykluczeni, to ta decyzja nie ma większego znaczenia" - mówi dziennikowi.pl ojciec Roberta Kubicy, Artur. "McLaren straci punkty w klasyfikacji konstruktorów, ale kierowcy dalej będą walczyć o tytuł mistrza świata. Dla Roberta nie będzie więc to miało żadnego znaczenia" - tłumaczy.

Przeciwko ewentualnemu wykluczeniu drużyny był Krzysztof Hołowczyc, kierowca rajdowy. Według niego, gdyby Lewis Hamilton i Fernando Alonso nie mogli startować, wszyscy na tym by stracili. Szczególnie kibice" - mówi dziennikowi.pl Hołowczyc.


Historia zaczęła się na początku tego roku. Wtedy to 47-letni inżynier Ferrari Nigel Stepney, zawiedziony zwolnieniem z zespołu jednego z techników, ogłosił, że szuka nowej pracy. W kwietniu wyszło na jaw, że Stepney przekazał tajny, 780-stronicowy raport techniczny dotyczący bolidu Ferrari największemu konkurentowi - zespołowi McLaren. Raport znalazł się w mieszkaniu projektanta McLarena Mike'a Coughlana.

Wtedy rozpętało się piekło. Couglan został natychmiast wyrzucony z zespołu. Team utrzymywał jednak, że żadne z danych raportu Ferrari nie zostały wykorzystane. Jednak zdaniem włoskiego zespołu, McLaren kłamał. Dlaczego? Wątpliwości budził fakt, że nagle kierowcy McLarena - Fernando Alonso i Lewis Hamilton - zaczęli wygrywać. I to właśnie po ujawnieniu afery. Komentatorzy wyścigów F1 podpierali swoje opinie statystykami: w czterech pierwszych wyścigach tego sezonu wygrywały bolidy Ferrari, a spośród następnych dziewięciu aż sześć wygrał... McLaren.

Spodziewano się, że Międzynarodowa Federacja Samochodowa (FIA) ukarze McLarena za szpiegostwo. Tymczasem FIA, chcąc uniknąć skandalu, uznała jedynie, że brytyjski zespół wszedł w posiadanie planów technicznych bezprawnie, ale ich nie wykorzystał. I dopóki nie znajdą się na to dowody, McLaren nie będzie wykluczony z rozgrywek.

Ferrari nie ustępowało. 5 września ukazały się nowe dowody w sprawie. To 166-stronicowy skoroszyt z zapisem rozmów telefonicznych, SMS-ów i e-maili, jakie wymieniali między sobą zamieszani w aferę mechanicy Coughlan i Stepney, a także kierowcy Fernando Alonso i testowy Pedro de la Rosa.