Bez oszczędzania pasażerów i opon
Wieczór na torze Hockenheim upłynął pod znakiem pisku opon i zapachu "palonej" gumy. Kierowcy wyścigowi wozili po trasie gości swoich teamów, przyjaciół oraz zwycięzców różnych konkursu. Także DZIENNIKOWI udało się wślizgnąć do sportowego BMW M3. Za kierownicą zasiadł Robert Kubica.
- Kubica narzeka na bolid
- Bezsensowne znaki znikną z dróg
- Kubica: Odejdę z BMW Sauber
- Zobacz, jak Kubica wyleciał z trasy
- Samochód bezpieczeństwa przeszkodził Kubicy
- To on zastąpi Kubicę?
- Stawka będzie jeszcze wyższa
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Piątek 2012-05-25

temp. min 3°C max. 22°C
opady:
brak
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
"Zapnij pas" - rzucił na powitanie. Kiedy tylko dało się słyszeć charakterystyczne kliknięcie, zostałem gwałtownie wciśnięty w oparcie. Poczułem na swoim ciele wszystkie 420 koni mechanicznych, jakimi może poszczycić się czterolitrowy silnik sportowego M3. Kubica ruszył z piskiem, zanim zdążyłem się zorientować pędziliśmy po prostej startowej. Hamowanie przed pierwszym zakrętem opóźnił do granic możliwości. Moje ciało w ułamku sekundy zerwało się z fotela, aby zawisnąć na naprężonych pasach bezpieczeństwa. Robert zręcznie zarzucił tyłem auta, aby bardzo szybki łuk przejechać pół-poślizgiem i zabrał się za wyprzedzanie Hondy Civic Type-R. Nie miała szans! - czytamy w DZIENNIKU
Polak "usiadł" rywalowi na zderzaku i kiedy wydało się, że zderzenie jest już nieuniknione, wystawił swoje BMW na wewnętrzną stronę toru. Hamując do prawego, wolnego wirażu, znów podjechał poślizgiem (widok z jadącej za nami Hondy musiał być spektakularny). Potem rozpędził się na głównej prostej. Kolejne hamowanie Kubica rozpoczął 200 metrów przed ciasnym nawrotem, kiedy na „zegarze” mieliśmy 240 km/h. "W bolidzie hamujemy tutaj" - powiedział wskazując tablicę oznaczającą odcinek 100 metrów do zakrętu. Tyle, że wtedy jedziemy z 315 km/h!
Zawrotna prędkość nie robiła na nim żadnego wrażenia. Wyraźnie dawał do zrozumienia, że sportowe BMW ma się do bolidu Formuły 1 jak hulajnoga do japońskiego ścigacza.
"Może jeszcze porzucamy tyłem?" - zaproponowałem. Roberta nie trzeba było namawiać. Następny, ciasny lewy zakręt wziął już niemal bokiem. Tył samochodu wyjechał poza obręb jezdni, ale Kubica bez problemy wyprowadził go z poślizgu. Tylko w środku poczułem zapach spalonej gumy.
"Muszę oszczędzić opony na potem" - powiedział po chwili Kubica, ale zapomniał o tej obietnicy na ostatnim, krętym fragmencie toru. Nie oszczędzał ani auta, ani pasażerów. Ciągle w poślizgu odbił na pas serwisowy i wreszcie się zatrzymał. Próbowałem wysiąść, ale na miękkich kolanach czynność ta okazała się dość trudna. W myślach dziękowałem opatrzności, że nie zdążyłem jeszcze zjeść obiadu...
Z daleka patrzyłem potem jak Robert wozi kolejnych pasażerów. Słychać go było z daleka, jego opony piszczały najgłośniej, wokół jego samochodu było najwięcej dymu. "On jest najbardziej szalony ze wszystkich! Widać, że dobrze się bawi" - skomentował z uśmiechem niemiecki fotoreporter. Kilka sekund potem z zakrętu wypadł Kubica, wykręcając efektowny piruet.












































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!