Zawsze musiał pracować więcej niż inni. Głównie dlatego, że jego kariera potoczyła się tak bajecznie – rok po pierwszym koszykarskim treningu w ŁKS był już w Bundeslidze, dwa sezony później trafił do naboru NBA. – Ciągle powtarzano mi, że muszę nadrabiać zaległości, bo późno zacząłem. I tak mi już z tą pracą zostało – mówi „Dziennikowi Gazecie Prawnej”.

Po co tak się zamęcza? Beneficjent jednego z najwyższych kontraktów wśród polskich sportowców – 34 miliony dolarów w ciągu 5 lat – mógłby odpoczywać po trudach sezonu na egzotycznych wakacjach. Albo wydawać przyjęcia w świeżo kupionym domu (tuż obok rezydencji Tigera Woodsa) na Florydzie. – Moje marzenie to mistrzostwo NBA i medal zdobyty z kadrą Polski, ale przede wszystkim chcę zostać zapamiętany nie tylko jako sportowiec – przyznaje Gortat, wyjątkowo dalekowzrocznie jak na 26-latka.

Granice doskonalenia

Chłopak z łódzkich Bałut, który w ekspresowym tempie dostał się do amerykańskiej ligi bogaczy, od samego początku czuje, że ma dług do spłacenia. – Myślałem sobie o wielu znanych graczach, choćby o piłkarzach z nazwiskami i pieniędzmi. Im też ktoś pomagał wejść na szczyt, wspierał, zdobywał bilety na ich mecze, oddawał na nich głosy w plebiscytach, kupował gazety, kiedy byli na okładkach. Ale niewielu z nich oddało coś społeczeństwu. Pomyślałem: przecież teraz mam nie gorsze możliwości niż oni – opowiada.


W NBA wiele rzeczy ciągle go zdumiewa. Wciąż nie może opanować szczenięcego zadowolenia na myśl, że w szatni Orlando Magic przebiera się obok samego Vince’a Cartera. Nie może się też nadziwić, że te wielkie gwiazdy w Ameryce tak poważnie traktują ciążącą na nich odpowiedzialność społeczną.

Jego wzorem został Adonal Foyle. Weteran ligi pochodzący z Saint Vincent i Grenadyn jest znany z organizowania kampanii promujących demokrację wśród studentów i ze wspierania dzieci ze swojego wyspiarskiego kraju.

Za oceanem Gortat nie może wyjść z roli zmiennika Dwighta Howarda, centra Orlando Magic. Równie dobrze jutro może trafić gdzie indziej, zostać wymieniony w pakiecie za jakąś gwiazdę. – Zaczynał jako osiemnastolatek, bez technicznych podstaw trudno być wirtuozem koszykówki. Ma wielki talent do pracy, ale mam wrażenie, że granica jego doskonalenia się jest blisko. I prawdziwą gwiazdą NBA pewnie nie będzie – uważa ekspert od marketingu sportowego Tomasz Redwan.

Na taką opinię bardzo ostro reagują specjaliści od koszykówki. – To absurd, NBA to liga najbardziej utalentowanych graczy świata i przypadkowi ludzie do niej nie trafiają. Panują tam jednak specyficzne uwarunkowania biznesowe i z różnych pozasportowych względów Marcin nie gra tyle, ile powinien – mówi Hubert Radke, zawodowy koszykarz i komentator rozgrywek NBA w Canal+.


W polskich warunkach ta dyskusja nie ma zresztą większego znaczenia, bo Gortat to nasz jedyny koszykarz w NBA. Polska to jego naturalny rynek, na którym może zaistnieć. Od Foyle’a nauczył się, że tutaj powinien szukać instytucji i ludzi, którzy chcą pomagać innym.

Do tworzenia strategii zabrał się, gdy tylko został graczem NBA w 2007 r. Wkrótce powstała fundacja i spółka MG13 (to opatentowana marka od inicjałów i numeru na koszulce Gortata). – Marcin zebrał wokół siebie grupę osób znających się na sporcie, marketingu, public relations. Chcemy, by był postrzegany przez pryzmat fundacji, czyli pracy z młodzieżą, wspierania talentów, akcji prospołecznych – mówi Filip Kenig, prezes fundacji MG13.

Wakacyjny maraton Gortat zawdzięcza temu, że postawił przed sobą takie właśnie cele. Czy je realizuje? – Gortat ciężko pracuje, spala się, a efekty są skromne. Brakuje mu wsparcia mediów. Dzieciaki na pewno korzystają na tym więcej niż Gortat, może tylko radość po obu stronach jest taka sama – ocenia Redwan.Do something


Gdyby reprezentacja wygrywała

Jego zdaniem Gortat mieści się w pierwszej piątce gwiazd polskiego sportu – za Adamem Małyszem, Robertem Kubicą, gdzieś między Justyną Kowalczyk a Tomaszem Adamkiem, daleko przed Agnieszką Radwańską. – Natomiast jeśli chodzi o świadomość wizerunkową, zdecydowanie przewyższa te wszystkie nazwiska. Powinien rozmawiać z innymi sportowcami, zarażać ich swoim podejściem. Bo choć może czasami zdarzy nam się jakiś fajny wynik, marketingowo jesteśmy zaściankiem – wyrokuje Redwan, który czasami musi odpowiadać na pytanie, ile wart jest wizerunek tego czy innego sportowca. – Bardzo często odpowiedź brzmi: nic. Bo żeby na wizerunku zarobić, trzeba go najpierw mieć – uważa Redwan. Na tym tle Marcin Gortat to jeden z najlepszych produktów sportowych w Polsce.

Sprzedażą wizerunku Gortata zajmuje się spółka MG13. Chwali się, że w zeszłym roku Gortat Camp wygenerował 2 mln zł mierzone wartościami medialnymi. Chcieliby wiązać koszykarza wyłącznie z renomowanymi markami, takimi jak szwajcarski producent zegarków Tissot. Gortat jest jedynym Polakiem, dla którego firma stworzyła specjalny model. – Pracujemy też nad serią własnych produktów firmowanych logo MG13. W supermarketach są już zeszyty, właśnie ruszamy z kolekcją ubrań i grą na telefon komórkowy – mówi Krzysztof Kaźmierczak, marketing manager w MG13.

A więc tym razem działalność dochodowa? – No, nie wiem, ja nic z tego nie mam – zastrzega Gortat. – Cały dochód trafia na konto fundacji. Podobnie jak pieniądze z moich kontraktów sponsorskich. Czy mi nie szkoda? Musiałbym być głupi, żeby narzekać na brak pieniędzy. Poza tym nie wierzę, żeby przez najbliższych kilka lat udało nam się zarobić sumy, które będą konkurować z moim kontraktem z NBA. Kaźmierczak potwierdza: – Dochody? Dopiero się rozkręcamy, na razie nie ma o czym mówić. Redwan ostatecznie rozwiewa wątpliwości: – Prawie 6 mln dol. rocznie w ciągu pięciu lat trwania kontraktu? To nie są pieniądze dostępne na polskim rynku marketingu sportowego. Ani dla Gortata, ani dla nikogo innego. Bo ich tam nie ma i długo nie będzie.


Gortat jako postać medialna ma tylko jedną wadę, na którą narzekają i ludzie z jego najbliższego otoczenia, i postronni obserwatorzy. To słabość polskiej koszykówki. – Jego wartość zdecydowanie by wzrosła, gdyby reprezentacja odnosiła sukcesy i ludzie mogli go utożsamić z biało-czerwonym trykotem – analizuje Redwan.

Gortat swoim zwyczajem nie pozostaje obojętny wobec kryzysu, jaki dotyka jego dyscyplinę. Działa we władzach swojego dawnego klubu – został honorowym wiceprezesem stowarzyszenia ŁKS Koszykówka Męska. – To moje hobby. Nie mogłem spokojnie patrzeć, jak klub umierał. Daję im doświadczenie sportowe, kontakty. Może dzięki mnie uda się sprowadzić sponsorów i postawić klub na nogi. Chcemy zbudować silną markę ŁKS – mówi koszykarz.

Kenig, który jest jednocześnie menedżerem klubu, razem z grupą inwestorów przejął niedawno piłkarski ŁKS. Gortata również namawia do zaangażowania kapitałowego. Chłopak z Bałut miałby teraz współfinansować wielki sport w Łodzi. – Miałoby to wymiar wizerunkowy: działanie na rzecz społeczności lokalnej. Dlaczego nie zacząć już teraz? – mówi Kenig.