Podpisał pan roczny kontrakt z drużyną Indiana Pacers, marzenie się spełniło?
Zdecydowanie. Taki był cel mojej wyprawy do Ameryki sześć lat temu. Kiedy tutaj przejechałem byłem skazany tylko na siebie. Za nim poznałem nowych przyjaciół musiałem się przyzwyczaić do nowego otoczenia. Żaden agent, trener czy menedżer mi nie pomógł w znalezieniu pracy w najlepszej lidze świata. To dzięki własnej grze na parkiecie jestem tu gdzie jestem.

Ile pan zarobi przez ten rok gry za oceanem?
Dostanę minimalne wynagrodzenie. Od października 2007 roku do maja 2008 zarobię 450 tysięcy dolarów. Nie jest to jednak kontrakt gwarantowany. W każdym momencie Pacers mogą ze mnie zrezygnować bez wynagrodzenia, dlatego muszę się na każdym treningu dać z siebie wszystko.

Kiedy zagra pan pierwszy mecz?
10 października Indiana Pacers grają spotkanie przedsezonowe z drużyną New Orleans Hornets. A oficjalny start ligi jest 31 października.

Przeszedł pan do NBA z ligi uniwersyteckiej NCAA. Zauważył pan już różnicę?
Pierwsze, co mi się rzuciło w oczy to podejście trenerów do zawodników. W NBA oni są cały czas przy tobie. W NCAA kiedy szkoleniowcy mają wakacje to nie zajmują się swoimi graczami.

Przepisy gry też się różnią.
W NBA na rozegranie akcji są 24 sekundy, a w NCAA 35. Tu mamy kwarty 4x10 minut, w NCAA graliśmy 2x20 minut. Będę musiał też szybciej poruszać się po parkiecie, żeby zająć dobrą pozycję do rzutu. Przejście zawodnika z piłką na połowę rywala w NBA musi zająć 8 sekund, a nie jak w lidze uniwersyteckiej 10 s.

Od dwóch lat generalnym menedżerem klubu z Indiany jest legenda NBA, Larry Bird. Miał pan okazję już z nim rozmawiać?
On zawsze uczestniczy w naszych ćwiczeniach. Za każdym razem kiedy do mnie podchodzi, to oczy mi się rozszerzają z wrażenia. Jego uwagi są cenne. To dusza nie człowiek.

Czy ktokolwiek wierzył w pana osiągnięcie?
Dopiero teraz media zaczęły się mną interesować. Nawet moi rodzice jeszcze nie wierzą w to, co się stało. Ale moje osiągnięcie zawdzięczam właśnie im. Rodzina mnie zawsze wspierała. Nikt nie dawał mi szansy. Myślę jednak, że dopiero kiedy ludzie zobaczą mnie w koszulce Pacers z numerem 48, będą przecierać oczy ze zdumienia. Zaczną sobie zadawać pytania. Kto to jest ten Łukasz? Skąd się wziął?Jak się znalazł w Ameryce? Zawsze patrzyłem przed siebie, a nie za siebie.

Dlaczego wybrał pan akurat numer 48 na koszulce?
To numer kierunkowy do Polski. W trudnych chwilach na boisku przypominam sobie o rozmowach telefonicznych z najbliższymi. Dzięki temu jestem mocniejszy psychicznie.