Michał Hernes: W ostatniej próbie przed mistrzostwami zmierzyliście się z mistrzami świata – Hiszpanią. Jak wypadliście na ich tle?

Marcin Gortat: To był bardzo zacięty mecz. Mieliśmy wielkie szanse na odniesienie zwycięstwa, ale tak się złożyło, że niestety go przegraliśmy. Z drugiej strony pokazaliśmy, że umiemy grać w kosza, i nabraliśmy dużej pewności siebie. W końcu mało brakowało, abyśmy zbili mistrzów świata na ich parkiecie.

Najpierw miał pan pięć asyst w meczu z Izraelem, a potem 16 zebranych piłek przeciwko Hiszpanii. Co będzie na Eurobaskecie?

Wygrana, ona będzie następna. Naprawdę nie interesuje mnie to, ile zdobędę punktów i jak dużo dołożę do tego dorobku zbiórek, bloków czy podań. Zwycięstwo jest dla mnie podstawową sprawą. Powiem wprost: marzę o zdobyciu medalu. W tej chwili jestem przekonany, że uda nam się jakiś zdobyć.

Aż do mistrzostw nie zagracie już żadnego sparingu. Co będziecie robić przez najbliższy tydzień?

Będziemy ciężko trenowali, szlifując jednocześnie pewne rzeczy, które zdecydowanie musimy poprawić. Nie ukrywam, że w naszej grze jest jeszcze sporo mankamentów. Popełniamy błędy zarówno w obronie, jak i w ataku. Zamierzamy je wszystkie wyeliminować i pozostaje mieć nadzieję, że dzięki temu zaczniemy grać na wysokim poziomie. A sparingi będą, ale wewnętrzne, i to na pewno wystarczy. Odnoszę wrażenie, że potrzebujemy właśnie tygodnia treningów, żeby dograć pewne sprawy. Nie zapominajmy, że przecież miałem kontuzję. Z tego powodu zespół nie mógł dostatecznie przećwiczyć wszystkich elementów gry i wariantów ze mną na parkiecie. Dlatego też najbliższy tydzień będzie dla nas niezwykle pożyteczny.

Już na samym początku Eurobasketu czeka was pojedynek z Bułgarami. Co wie pan na temat tego zespołu?

Przede wszystkim trenuje ich doświadczony Pini Gershon. Wiem też, że na pozycji niskiego skrzydłowego gra u nich koszykarz, który jest kapitalnym strzelcem. Oprócz tego mają bodajże jednego zawodnika amerykańskiego, co nie pozostaje bez znaczenia. No i rozegrali sporo meczów sparingowych, pokonując dość ciekawych przeciwników. Nie zmienia to faktu, że na dzień dzisiejszy jesteśmy gotowi, by walczyć z każdym. Zagramy nie tylko Bułgarią, więc nie możemy się nastawiać jedynie na nich.

Turcy również czują respekt. Ich lider Hedo Turkoglu chwalił Polaków i mówił, że czeka na pojedynek z panem.

Odnoszę wrażenie, że ja nie mogę się go doczekać bardziej. On chyba podchodzi do tego z większym dystansem. Mimo wszystko na pierwszym planie stoi zwycięstwo, pojedynek z liderem Turków to osobna sprawa.

Wróćmy do meczu z Hiszpanami – zaskoczyła pana postawa polskich koszykarzy obwodowych z Michałem Ignerskim na czele?

Myślę, że Michał po prostu się przebudził i zaczął grać swoją koszykówkę. Cieszy, że wreszcie wrócił do formy. Wygląda na to, że będzie naszym silnym ogniwem. Najważniejsze, żebyśmy wszyscy byli gotowi i w optymalnej formie na początek mistrzostw Europy.

Pan nie dostawał zbyt wielu piłek pod sam kosz w tym spotkaniu. Czy to problem?

Nie, po prostu tak się ułożyło. Nasi zawodnicy obwodowi robili kawał dobrej roboty i dlatego wszystko nam wychodziło. Prawie odnieśliśmy zwycięstwo, a kwestia podań pod kosz to już pytanie do trenera Muli Katzurina. Trzeba to przeanalizować, mamy jeszcze na to czas.

Pomówmy jeszcze o pańskich rzutach z półdystansu. Coś nie może się pan przełamać.

Myślę, że to wcale nie chodzi o problem z przełamaniem się. Są pewne momenty, kiedy na parkiecie wychodzi moja frustracja. Próbuję się przełamać, szukając niejako rozwiązań na siłę. Z tego powodu dużo rzutów pudłuję i zrywam. Uważam, że to przyjdzie z czasem i nie ma się czym martwić. Na najważniejsze mecze wszystko powinno być w porządku.