Przez ostatnie kilka lat jego życie nabrało dużego rozpędu. Siedem lat temu w Szczecinie cieszył się jak dziecko ze zdobycia swojego pierwszego tytułu mistrza Polski. Miał wtedy 21 lat, a kula poleciała na odległość zaledwie 19,33 m. Na koniec sezonu dało to 74. miejsce na listach światowych. Rok później, podczas Pucharu Europy we Florencji, Tomek przekroczył granicę przyzwoitości kulomiotów. Pchnął 20,09 m. Następnym celem było 21 m. Mimo regularnych postępów udało się dopiero po pięciu latach. W międzyczasie było 9. i 5. miejsce w mistrzostwach świata na otwartym stadionie, 4. na hali. Aż nadszedł rok 2008 - starty pod dachem i brązowy medal na MŚ w Walencji. Majewski pchnął 20,93. Była to świetna prognoza przed rozpoczynającym się letnim sezonem olimpijskim. Nikt jednak specjalnie nie liczył na sukces Polaka w Pekinie, faworyci byli inni. Wspomniani wcześniej Amerykanie Hoffa i Cantwell, Adam Nelson czy Białorusin Andriej Michniewicz. Rywale nie trafili z formą, nie wytrzymali psychicznie. Majewski odwrotnie. W finale ustanowił rekord życiowy.

Psychikę zawsze miał mocną, mimo to kiedyś postanowił, że warto byłoby skorzystać z pomocy psychologa sportowego. Po pierwszej sesji specjalista doszedł do wniosku, że nie ma sensu kontynuować współpracy. "Lepiej być nie może. Podejście Tomka jest dokładnie takie, jakie powinno być. Ma mentalność zwycięzcy" - powiedział psycholog. Rok 2009 to już zupełnie inna bajka. Majewski jest gwiazdą, występuje w programach telewizyjnych, pełno go również w gazetach. Nie przeszkadza to jednak w dalekim pchaniu. Niedawno w Sztokholmie poprawił rekord Polski Edwarda Sarula, który obowiązywał od 26 lat. 21,95 m to najlepszy w tym roku wynik na świecie. "Nie przesadzajmy. Nie jestem jeszcze aż tak rozchwytywany przez media. W każdym razie nie czuję się tym zmęczony, jestem do dyspozycji dziennikarzy" - mówi Majewski.

I rzeczywiście, nie jest to czcze gadanie. Nie słyszałem, żeby odmówił komuś wywiadu, był niemiły. A mógłby, bo dziennikarze dzwonią do niego od pewnego czasu codziennie. Ktoś inny na kilka dni przed tak ważnym startem wyłączyłby telefon, ale nie Tomek. "Chcesz porozmawiać 5 minut? Nie ma sprawy. Może być dłużej" - mówi Majewski i cierpliwie odpowiada na pytania. Nie sprawia wrażenia gwiazdy, to cały czas ten sam skromny facet, który kilka lat temu przyjechał spod Ciechanowa do stolicy na studia. Tylko bardziej pewny siebie. "Wiem, że oczekiwania są większe niż przed rokiem, ale nauczyłem się radzić sobie z presją" - kulomiot w ogóle nie sprawia wrażenia przejętego tym, że za 4 dni startuje w mistrzostwach świata, których jest głównym faworytem, że na jego zwycięstwo liczy cała Polska. "Teraz najważniejszy jest relaks, spokój i koncentracja. Treningowo niewiele już można zrobić. Wszystko idzie utartym od dwóch lat rytmem. Przed startem nie koncentruję się w jakiś szczególny sposób. Dużo czytam, oglądam filmy, programy w telewizji" - mówi Majewski.

Nasz mistrz interesuje się polityką, skończył politologię na warszawskim UKSW. Pracę magisterską pisał o Pomarańczowej Alternatywie. Czy chciałby w przyszłości zostać politykiem? "Raczej nie, wolę obserwować to wszystko z boku" - odpowiada jak większość politologów. Z niektórymi decyzjami dotyczących sportu trudno mu się pogodzić. "W Warszawie w ogóle nie inwestuje się w dyscypliny inne niż piłka nożna. Najwidoczniej Hanna Gronkiewicz-Waltz preferuje wyłącznie ten rodzaj aktywności fizycznej. Budujemy Stadion Narodowy, na którym nie ma bieżni" - mówi Majewski. Osiągane w tym sezonie wyniki nie są dla naszego kulomiota dużym zaskoczeniem. W marcu przez ponad trzy tygodnie trenował w USA. Złośliwi twierdzili, że to dlatego, by uniknąć badań antydopingowych. "W tym roku miałem około dziesięciu kontroli, więc podejrzewanie mnie o jakiekolwiek niedozwolone wspomaganie, jest po prostu głupotą" - mówi. "Wykonałem olbrzymią pracę na siłowni i musiało to przynieść efekty. Wyciskam na ławeczce 200 kg, przysiadam ze sztangą o wadze 265 kg. Technicznie też wygląda to dobrze, więc jestem pewny swego" - dodaje.

W Berlinie każde miejsce poza podium będzie dla Tomka porażką. Konkurs odbędzie się jak zawsze pierwszego dnia mistrzostw. A po nim będzie kilkudniowe świętowanie medalu z innymi zawodnikami. Bo kulomioci to jedna wielka rodzina. Na rzutni rywalizują, niejednokrotnie obrzucając się wyzwiskami. Po zawodach spotykają się, biesiadują. Mało kto potrafi dotrzymać im kroku. Większość z nich uwielbia piwo, Majewski i Hoffa to smakosze, prawdziwi eksperci w tej dziedzinie. "Z tym imprezowaniem to bym nie przesadzał. Zrobię sobie pewnie ze dwa dni wolnego, a potem wracam do treningów, bo zamierzam startować jeszcze we wrześniu" - mówi największa gwiazda polskiej ekipy.