W ubiegłym tygodniu odebrała pani nagrodę Polskiego Stowarzyszenia Sportu Kobiet. Czy w profesjonalnym sporcie istnieje kobieca solidarność?
Chyba nie... Każdy pewnie podchodzi do tego indywidualnie. Ja jestem najbardziej zżyta z Magdą Fularczyk-Kozłowską. Nasza przyjaźń trwa od czasów studiów, byłyśmy w tej samej grupie na uczelni. Właściwie w tym samym czasie zaczęły się nasze sukcesy w sporcie - nieraz w tych samych latach zdobywamy medale. Fajnie to wszystko się przeplata.

Dwanaście miesięcy temu czekał panią etap najcięższych treningów. Czy w roku poolimpijskim plan jest identyczny?
Jest dokładnie tak samo. Właśnie rozpoczynam najdłuższe w tym okresie przygotowawczym zgrupowanie w USA, które potrwa dwa miesiące. To będzie zdecydowanie ciężki okres treningowy.

Patrząc na dotychczasowe osiągnięcia wydaje się, że jest pani pod względem sportowym spełnioną osobą. Nie pojawił się pomysł, by zrobić sobie przerwę po wielu latach treningów, by zachować głód startów i dotrwać bez znużenia do igrzysk w Tokio?
Nie czuję przesytu treningami oraz startami, nie jestem jeszcze tym zmęczona. Będę więc dalej robić swoje. Nigdy nie miałam sytuacji, bym była zmęczona i chciała odpuścić część startów. To mogłabym może zrobić teraz, po igrzyskach, gdzie zdobyłam złoty medal. Organizm odpoczywałby przez taki luźniejszy rok. Stwierdziłam jednak, że to nie ma sensu, bo nigdy nie wiadomo, co się może wydarzyć w przyszłości. Różne są przypadki.

Podczas przygotowań do kolejnego sezonu była pani w polskich górach, Katarze, RPA, a teraz pora na Stany Zjednoczone. Różne kierunki świata, warunki pogodowe, odmienne warunki życia i kultura. Czy są jeszcze jakieś kraje i miejsca, które chciałabym pani odwiedzić turystycznie? Czy też ze względu na długoletnie podróże związane z treningami i startami ma pani poczucie, że była już praktycznie wszędzie?
Mam jeszcze trochę do zwiedzania jako turystka. Jeśli chodzi o zgrupowania, to od kilku lat mam swoje, te same miejsca, do których jeżdżę. Czuję się tam już jak w domu, który jest za granicą. Turystycznie nie mam jakichś konkretnych marzeń, że np. chciałabym polecieć na Malediwy czy do Nowej Zelandii. Pojawiają się czasem +spontany+ - człowiek siedzi i nagle myśli "A, polecę sobie dziś tutaj". To jest też fajne, żeby nie planować. Jestem osobą nieprzewidywalną, więc np. siedzę sobie, oglądając telewizję i jak przyjdzie mi do głowy jakiś fajny pomysł, to od razu mogę go sobie zrealizować, jeśli mam na to czas.

W niektórych źródłach dopisano pani już tytuł mistrzyni olimpijskiej z Londynu po wykryciu dopingu i odebraniu złotego krążka Rosjanie Tatianie Łysenko. Oficjalnej informacji o przekazaniu medalu nadal jednak nie było. Czy ma pani jakieś sygnały, kiedy to może nastąpić?
Nic nowego nie wiem w tej sprawie. Cały czas czekamy na informacje.

Od kilku miesięcy poza sukcesami sportowymi może się pani również pochwalić tytułem magistra.
Tak, od października. Nareszcie udało skończyć studia.

Stres przed obroną pracy był?
Trochę tak. Człowiek nie jest przyzwyczajony do takich zadań. Wreszcie udało się zakończyć ten etap edukacji, bo trwał u mnie bardzo długo. Studia zaczęłam w 2004 roku. Po czterech latach wzięłam urlop dziekański, bo zaczęłam trenować wyczynowo i nie było łatwo to pogodzić z nauką. Tym bardziej, że byłam na studiach dziennych. W 2011 roku obroniłam pracę licencjacką, a potem stwierdziłam, że nie ma sensu robić studiów magisterskich. Trzy lata temu podjęłam decyzję, że jednak je rozpocznę, bo nigdy nic nie wiadomo, co mnie w życiu spotka. Dyplom może się przydać. Nie żałuję tej decyzji i cieszę się, że jestem magistrem.

Wspomniany stres przed obroną pracy da się jakoś porównać z tym towarzyszącym pani przy okazji walki o medale?
To nie tak, że byłam przed tą obroną sparaliżowana. Wiadomo, lekkie emocje były, ale sobie poradziłam. Dostałam piątkę.

Za sprawą dotychczasowych sukcesów, zwłaszcza ubiegłorocznych, dostała pani nietypowy podarunek - osobisty znak drogowy w rodzinnym Rawiczu. Jaki jest najbardziej oryginalny prezent, jaki pani otrzymała w karierze?
Chyba właśnie ten znak. To jest jeden z tych najbardziej nietypowych prezentów, który mnie bardzo zaskoczył. Nie spodziewałam się, że dostanę znak ostrzegawczy z moim wizerunkiem. Fajna sprawa. Jest mnóstwo pomysłów i mnóstwo prezentów. Jak chodzę na spotkania w szkołach i na lekkoatletycznych Orlikach, to dzieci często coś przygotowują. To bardzo miłe. Ja pomagam innym jak mogę i ludzie chcą też w pewien sposób się odwdzięczyć.