Na konto studentki poznańskiej AWF wpłynie 160 000 dolarów. Jak przyznała, nareszcie spełni się jej marzenie o kupnie własnego samochodu. "Kiedyś chciałam mieć golfa, teraz ... pomyślimy".

Rekord świata, a tym bardziej złoty medal był dla niewielu zaskoczeniem. Sama Włodarczyk otwarcie mówiła, że stać ją na to.

"Moje słowa nie zostały rzucone na wiatr. W sobotę udowodniłam, że jestem najlepszą młociarką na świecie i rekordzistką globu" - powiedziała śmiejąc się.

Jak podkreśliła, chodziło też o to, "by pomścić moich kolegów - dyskobola Piotra Małachowskigo i kulomiota Tomasza Majewskiego, którzy przegrywali w Berlinie w ostatnich kolejkach. Zwłaszcza Piotrka, który przegrał z Niemcem, a ja właśnie z Niemką wygrałam".

Włodarczyk zainaugurowała finałowy konkurs. W pierwszej próbie miała 74,86. "Tak miało też być. Pierwszy rzut na zaliczenie, luźny i pewny, ale daleki. Wtedy już wiedziałam, że jestem w wąskim finale".

Po drugim, rekordowym podejściu (77,96), podbiegając z radości do trybun, na których siedział jej menedżer Janusz Szydłowski, trener Jerzy Sudoł, koleżanka z pokoju Żaneta Glanc i jej rodzice, skręciła staw skokowy.

"Nie wiem ile mogłoby być, gdyby nie ta noga. Szkoda, że nie mogłam oddać kolejnych czterech rzutów. Ból jest jednak niesamowity" - mówiła Włodarczyk. Wyraziła nadzieję, że dzięki tym dwóm rzutom udało się jej choć trochę zadowolić kibiców.

25-letnia zawodniczka uważa, że był to specyficzny konkurs. "Po raz pierwszy oddałam tylko dwa rzuty, a rywalizację w pozostałych kolejkach obserwowałam. Bałam się tej ostatniej próby Heidler, bo była już rozluźniona. Wiedziała, że ma pewne srebro i, że ja nie będę rzucać. To jej pomogło. Nie wiadomo, co by było, gdybym ja jeszcze dalej rzuciła".

Mistrzyni nie chciała oceniać na co ją obecnie stać. "Nie znam swoich możliwości. Po tym drugim rzucie nie spodziewałam się, że tak daleko młot poleci. Może na tym to polega, że jak się nie czuje, iż jest dobrze, to wtedy wychodzi. Tak samo było w mityngu w Cottbus, gdzie osiągnęłam 77,20".

Tuż przed mistrzostwami rozstała się ze swoim ówczesnym trenerem Czesławem Cybulskim. Nie zapomniała jednak o nim. "Przez pięć ostatnich lat współpracowaliśmy. To, co w sobotę osiągnęłam, jest też jego zasługą. A jeśli chodzi o nowego trenera, jeszcze nic nie wiadomo. Poczekajmy trochę, potrzebuję czasu".

Jak przypomniała, samodzielności nauczyła się, jeżdżąc sama na mityngi zagraniczne. "Wiem, jak sobie pomóc, ale nie wyobrażam sobie dalej trenować bez szkoleniowca. Młot to ciężka konkurencja i coś takiego jest niemożliwe".

Świętowania na pewno nie zabraknie, ale ... dopiero w niedzielę. "Czeka nas jeszcze finałowy konkurs skoku w dal, w którym wystąpi Teresa Dobija. Mieszkamy w trójkę, razem z Żanetą, ale potem usiądziemy do naszego magicznego stolika w pokoju i ..." - zawiesiła głos i zaczęła się śmiać. "To najszczęśliwy dzień w moim życiu" - zakończyła.