Dr Marek Graczyk - pracownik AWFiS Gdańsk, wiceprzewodniczący Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, przewodniczący Zespołu ds. Psychologii w Komisji Medycznej Polskiego Komitetu Olimpijskiego, certyfikowany psycholog sportu klasy Mistrzowskiej - Superwizor. Towarzyszył polskim zawodnikom w pięciu Misjach Olimpijskich m.in. w Londynie i Soczi.

Na jakim etapie kariery zaczyna się motywować sportowca?

Bardzo wcześnie. Zazwyczaj już wtedy, gdy jako dziecko zaczyna swoją przygodę ze sportem. To jest ten rodzaj motywacji, który nazywamy motywacją wewnętrzną. Dziecko, trenując, czerpie z tego radość, przyjemność zarówno z ruchu, jak i formy zabawy dyscypliną, którą poznaje, zaczyna uprawiać. Ta zabawa wiąże się także z różnymi relacjami z kolegami, koleżankami, którzy w kolejnym etapie trenowania staną się członkami drużyny albo potencjalnymi rywalami.

Do czego by pan tę motywację wewnętrzną porównał?

To bardzo ważna energia, która sportowcowi towarzyszy przez całe życie, nawet wtedy, gdy już skończy karierę. To jest to, co go wciąż kręci, co w pewien sposób sprawia, że ze sportem czasem jest się trudno pożegnać a nawet, jeśli uda się przejść na "sportową emeryturę", to wciąż mu towarzyszy.

Czy to ta energia pomaga walczyć o lepsze wyniki, nagrody i medale?

Na pewnym etapie kariery ta dziecięca motywacja troszkę się transformuje, zmienia w to, co znajduje się na samym szczycie hierarchii potrzeb według Abrahama Maslowa - w samorealizację. To właśnie wtedy staje się ona dążeniem do stawania się coraz to lepszym, aż osiągnie się najwyższy pułap. Może to być mistrzostwo, czy też medal zdobyty na igrzyskach. To również ta motywacja sprawia, że zawodnik jest skoncentrowany, skupiony na "tu i teraz", na swoich pozytywnych emocjach. Mówi się, że dzięki niej może przekroczyć umysłem możliwości swojego ciała.

A nagrody materialne, gratyfikacje finansowe, wreszcie ogromna popularność, jaką można zdobyć, gdy jest się bardzo dobrym?

To z kolei motywacja zewnętrzna, która bywa sprawą bardzo zawiłą.

Dlaczego?

Bo na pewnym etapie może zacząć przeszkadzać. O ile wewnętrzna motywacja sprawia, że zawodnik jest skupiony na sobie, swoim starcie, o tyle ta zewnętrzna prowadzi do skupienia się na wyniku, obronie sukcesu, a więc na tym, co ma być, co ma się dopiero zdarzyć. Przy tak dużych wyzwaniach, jakim jest chociażby start na igrzyskach, obrona tytułu mistrza, czy walka dla reprezentacji swojego kraju, motywacja zewnętrzna bardzo przeszkadza, może zdekoncentrować w momencie, gdy potrzebny jest spokój.

Mam przez to rozumieć, że spore oczekiwania kibiców, a tak jest chociażby w przypadku skoczków narciarskich, są dla nich czynnikiem stresogennym?

Tak. W Skandynawii kibice bawią się sportem, u nas, choć na szczęście powoli się to zmienia i idzie w kierunku dobrej zabawy, wciąż jest to napięcie, a jak się nie uda, to fala krytyki. Polscy kibice bardzo powoli stają się wyrozumiali i zaczynają odbierać to, co dzieje się na arenach sportowych, jako widowisko. Dla zawodników to ogromna presja, oni to wyczuwają, to im ciąży.

To idąc tym tropem, media rozpisujące się o potencjalnych sukcesach lub ich braku też nie pomagają?

Nie chodzi o to, że dziennikarze przeszkadzają, bo wielokrotnie bardzo pomagają, prezentując sukcesy, problemy naszych sportowców, przybliżając ludziom te bardziej albo mniej znane dyscypliny sportowe. Wszystko tak naprawdę zależy od charakteru pytań - jeśli dotyczą głównie wyniku, sukcesu, to nie są wsparciem, tylko wymaganiem i nie dziwię się, że sportowcy czasem się irytują. Pytanie "ile medali zdobędziecie" powinno być ostatnim zadawanym przed zawodami. Zresztą sam kiedyś padłem "ofiarą" tego pytania.

Komu je pan "niechcący" zadał?

Podczas igrzysk w Londynie zaprosiliśmy na spotkanie szefową amerykańskiej misji medycznej. Zapytaliśmy ją, czy wie już, ile medali zdobyła jej reprezentacja. Spojrzała na nas z lekkim wyrzutem i powiedziała, że nie interesuje jej to. Jej zadaniem jest jak najlepsze przygotowanie zawodnika do startu. Praca nad tym, by wystartował na maksimum swoich możliwości, był zdrowy i dał z siebie wszystko. Przypomniała nam w ten sposób, że to główna idea sportu.

Sportowcy zdają sobie z tego sprawę?

Coraz częściej. Żużlowcy często mi mówią, że jadą za granicę - do Anglii czy Szwecji - bo tam mogą się ścigać dla przyjemności. Nie czują takiej presji. W Polsce robią to przede wszystkim dla pieniędzy. Ale tak jak mówiłem, to podejście do rywalizacji sportowej od strony kibica na szczęście się zmienia.

Jak wygląda praca, która ma sprawić, że sportowiec stanie na podium albo chociaż osiągnie to maksimum?

Jak wspomniałem już wcześniej, ćwiczymy przede wszystkim umiejętność koncentracji na "tu i teraz". Zawodnik ma stać się "samą czynnością i chwilą obecną".

Brzmi trochę jak wprawienie go w stan hipnozy…

To nie jest złe porównanie. Zawodnik uczy się umiejętności wchodzenia w stan transu na kilka chwil przed startem. Nazywamy to w sporcie stanem "flow" (przepływu). To oznacza, że skupia się na tym, co robi w danej chwili, a nie na wyniku czy błędzie, który popełnił. To wbrew pozorom wcale nie jest takie proste.

Czy sportowcy chcą pracować z psychologiem?

Nie wszyscy. Często właśnie ci, którym to jest najbardziej potrzebne, odrzucają tę opcję, bo boją się, jak to na nich wpłynie. Są też tacy, którzy chcą sami dać sobie z tym radę i rzeczywiście im się to udaje. Trzecia grupa sportowców, którym przydałby się trening mentalny, obawia się dołożenia do ciężkiego treningu równie ciężkiej pracy z psychologiem. Bywa, że kiedy treningi prowadzi atrakcyjna psycholożka, panowie chętnie idą sobie porozmawiać, ale gdy zaczyna się praca, wchodzi się coraz głębiej, rezygnują.

Tak jak w psychoterapii pracuje się na deficytach, trudnościach? Przepracowuje je?

Nie, wręcz przeciwnie. Nasza praca opiera się głównie na potencjale danej osoby, jej mocnych stronach. Zawodnik powinien posiąść m.in. sztukę afirmacji. To pomaga prowadzić pozytywną rozmowę z samym sobą, tzw. dialog wewnętrzny. Jeżeli jest obserwowany, oceniany na zawodach i w tej ekstremalnej dla niego sytuacji potrafi sam sobie powiedzieć, że "da radę", "potrafi", już na starcie osiągnął więcej, niż ten, który stwierdzi, że jego wielka szansa będzie "masakrą". Poza tym w naszej pracy wykorzystujemy m.in. treningi relaksacyjne, oddechowe czy wyobrażeniowe. Pracujemy i z duszą, i z ciałem, bo tego nie da się rozdzielić.

Czego najbardziej obawiają się sportowcy?

Największym wrogiem sportowca jest on sam. To, jak sobie poradzi w sytuacji występu publicznego, gdy jest oceniany i obserwowany. Bardzo dużo zależy od jego samoakceptacji, samooceny, tego, jak bardzo uwierzy w siebie i swoje możliwości.

A jeśli zdarzy się jednak porażka?

Traktujemy ją w psychologii sportowej nie jak koniec świata, a jak naukę, doświadczenie. Porażka daje nam możliwość obserwacji słabych stron. Dzięki niej wiemy, co poprawić. Zgodnie z zasadą, że "stan postartowy jest początkiem stanu przedstartowego". Chodzi też o to, że zawodnik ma nie wpaść w kompleksy, bić się w pierś, uznać, że jest beznadziejny, tylko skorzystać z tego, co się stało. Nie chodzi też o to, żeby go pocieszać, poklepywać po ramieniu. Od tego mamy księdza, który świetnie sobie z tym radzi.

Istnieje różnica w pracy z kobietami i mężczyznami?

Z moich obserwacji wynika, że na przykład w sportach walki kobiety są bardziej zacięte. Godzą się na trening mentalny, bo chcą zrobić wszystko, aby osiągnąć sukces. Poza tym praca z kobietami często w dużej mierze dotyczy relacji interpersonalnych, chociażby trener-zawodniczka. Mężczyźni są w tej materii bardziej "zadaniowi", pracują nad konkretnymi umiejętnościami.

Tak samo jak potencjalnych zwycięzców, motywuje się tych, którzy jadą i zdają sobie sprawę z tego, że nie staną na podium i medalu nie zdobędą?

W psychologii sportowej nie ma podziału na lepszych i gorszych. Każdy sportowiec ma te same obciążenia, bez względu na to, czy jest kandydatem do medalu, czy nie.

W głowie niejednego kibica pojawia się teraz pytanie, po co jedzie na igrzyska, skoro i tak medalu nie zdobędzie?

Idea igrzysk, samo uczestnictwo w nich już jest wielkim osiągnięciem. Sportowcy muszą przejść przez różnego rodzaju kwalifikacje. Nikt im tego startu nie dał za darmo, musieli na to ciężko zapracować. A poza tym sport polega na rywalizacji i jest często jedną wielką niewiadomą. Wszystko się może zdarzyć. Poza tym, jeśli dzisiaj jestem 50, to na następnych igrzyskach mogę być w strefie medalowej. Sportowcy według tej zasady, o której mówiłem, wcześniej jadą na igrzyska nie po medal, ale po doświadczenie, walkę z najlepszymi. Mają wypaść jak najlepiej, zrobić, co jest w ich mocy. Największym sukcesem jest spokój umysłu w momencie startu.

A więc to my kibice musimy zmienić sposób myślenia?

Właśnie tak.