Ma pan zaledwie 20 lat. Nie czuł pana żalu tak szybko wyjeżdżając z ojczyzny?
Proszę nie żartować. Kiedy zobaczyłem jak wygląda jeden z najlepszych klubów na świecie, zacząłem żałować, że nie wyjechałem pięć lat wcześniej. W Polsce nie widziałem dla siebie żadnej przyszłości. Innym naszym zawodnikom doradzam to samo - jeśli tylko mogą, niech wyjeżdżają za granicę!

Ale wielu pana kolegów dałoby się pokroić, żeby grać w Legii lub Wiśle. Pan odrzucił oferty obydwu klubów. Nie było chwili zawahania?
Dyrektor sportowy Wisły Jacek Bednarz dzwonił do mnie po 20 razy dziennie. Chciał podpisać ze mną kontrakt na pięć lat. Powiedziałem mu: dasz pół miliona euro rocznie i dobry samochód, to podpiszę. Usłyszałem, że takich pieniędzy nie wydadzą i rozmowy szybko się skończyły. Z kolei, kiedy w Legii trenerem był Jacek Zieliński, nie chciałem zostać w stolicy. Ten szkoleniowiec po prostu nic nie wnosił do drużyny. Legia to moja ulubiona drużyna w Polsce i w obecnej, prowadzonej przez Jana Urbana, chętnie bym zagrał.

Co sądzi pan o polskich szkółkach piłkarskich? Miał pan okazję trenować w Wodzisławskiej Szkole Piłkarskiej, Wronkach i Grodzisku.
W Amice byłem pół roku i nie wspominam tego okresu najlepiej. Zresztą dłużej nie miałem siły się tam męczyć. Kiedyś, dzień przed meczem z Legią albo Górnikiem, przyszedł do mnie trener Maciej Skorża i mówi: „jutro zagrasz w pierwszym składzie”. Na drugi dzień okazało się jednak, że ktoś zapomniał... zgłosić mnie do rozgrywek. Z pobytu we Wronkach najbardziej zapamiętałem jednego z działaczy, który często przychodził do klubu pijany, stąd miał w drużynie pseudonim „seta”. W Grodzisku o wszystkim decydował Zbigniew Drzymała. Raz na trzy miesiące przychodził na trening, ale w przerwie meczu zawsze dzwonił do kierownika drużyny i dyktował, kto ma zagrać. Kierownik biegł do szatni, chował telefon i przekazywał tajne instrukcje Wernerowi Liczce. Trener głupiał, bo miał przygotowanych do zmiany kompletnie innych piłkarzy.

O polskich menedżerach piłkarskich też nie ma pan najlepszego zdania?
To jedno wielkie bagno. Nieraz wydzwaniali do mnie Kołakowski, Kopiec, Kiłdanowicz. Jak grałem w Amice i miałem problem z mieszkaniem, zostałem zdany sam na siebie. Poprosiłem o pomoc, ale usłyszałem: „Jak Wisła albo Legia będą się tobą interesować, to coś się załatwi”. Teraz moim menedżerem jest Hiszpan, który załatwił mi transfer do Realu. Umowa obowiązuje na czas nieokreślony, mogę ją w każdej chwili rozwiązać i jestem z tej współpracy bardzo zadowolony.

Chce pan występować w reprezentacji do lat 21?
Nie interesuje mnie już gra w młodzieżówce. Poziom szkolenia jest tam naprawdę beznadziejny. Przed meczami w Kanadzie, gdzie grało się na sztucznej trawie, w ogóle nie mieliśmy zajęć na takiej nawierzchni. Turniej kwalifikacyjny w Jordanii rozgrywany był w najbardziej niewygodnym z możliwych terminie. Oglądałem kiedyś program o polskiej lidze, w którym Andrzej Strejlau powiedział: „Nie rozumiem, po co młodzi piłkarze jadą za granicę”. Jak słucham niektórych działaczy PZPN, to ręce mi opadają. Z mistrzostw świata w Kanadzie mam tylko jedno miłe wspomnienie. Tam poznałem Sonię, z którą od lipca mieszkam w Madrycie.

Ale podobno planuje pan przeprowadzkę?
W Realu droga awansu nie jest prosta. Na mojej pozycji (lewa obrona - przyp. red.) szkoleniowiec ma do dyspozycji Gabriela Heinze oraz Brazylijczyka Marcello. Jeśli ktoś ściąga do klubu piłkarza za kilka milionów euro, to normalne, że on będzie grał, a nie junior z drugiego zespołu. Na szczeście ja też mam oferty. Ostatnie z Newcastle United i Atalanty Bergamo.

Liga angielska to pańskie wymarzone rozgrywki?
Zdecydowanie! To najlepsza liga na świecie, w Hiszpanii zawodnicy za długo bawią się piłką. Poza tym w Newcastle miałbym pewne miejsce w składzie.

W Madrycie trzyma się pan razem z Jerzym Dudkiem?
Od początku pomagałem Jurkowi w aklimatyzacji. Kiedy przyjechał do Madrytu, nie potrafił powiedzieć po hiszpańsku ani słowa, nie wiedział, gdzie jechać na obiad. Od tamtej pory trzymamy się razem. Często jeździmy razem na golfa. Z reguły wygrywa Jurek, ale on uprawia ten sport od pół roku, a ja gram od niedawna.

Bariera językowa nie przeszkadzała panu zaraz po przeprowadzce do Madrytu?
Raczej nie. Przed wakacjami chodziłem do szkoły i teraz również wybieram się na intensywny kurs hiszpańskiego. Jestem tu już drugi sezon i potrafię się dogadać.

Z kim z madryckich szkoleniowców najlepiej się panu współpracowało?
Michel, który trenował nas, kiedy graliśmy w drugiej lidze to świetny trener. Ale zdecydowanie najlepszy był Abraham Garcia, który prowadził mnie w Realu C. To dzięki niemu awansowałem do Realu B i podpisałem trzyletni kontrakt. Opieprzał mnie przed każdym treningiem i dopiero wtedy przechodziliśmy do zajęć. Poskutkowało.

Czy trenerzy zorganizowali w pana drużynie system kar wzorem polskich drużyn?
Oczywiście. Głupia czerwona kartka to 600 euro, żółta - 150. Jak kogoś zabraknie na kolacji klubowej, to musi zapłacić 600 euro kary. Codziennie trzeba się ważyć, a jeśli nie... płaci się karę, tak jak mi się to ostatnio przytrafiło.

Jak spędza pan czas wolny?
Przez pierwsze miesiące w ogóle nie wychodziłem z domu. Trener powiedział mi kiedyś, że moim domem jest boisko. Wszystko dlatego, że nawet jak trening się skończył, zostawałem jeszcze pokopać piłkę. Ostatnio codziennie jeżdżę do salonu Audi. Mam 15% zniżki, bo to jeden z naszych sponsorów. Lada dzień odbieram sportowe Audi TT. Jeśli przeniosę się do Anglii, na pewno wezmę je ze sobą (śmiech).