Ebi Smolarek zdobywa bramki dla kadry w najważniejszych meczach. Rok temu dwukrotnie trafił przeciw Portugalii, teraz strzelił trzy razy w spotkaniu z Kazachstanem. Czyżby Polska miała wreszcie piłkarza grającego na najwyższym, europejskim poziomie, niczym Luca Toni?
Wy, dziennikarze, macie tendencje do używania zbyt wielkich słów. To błąd. Nie można zachwycać się piłkarzem tylko dlatego, że strzelił kilka goli. Nie odrywajcie tak łatwo stóp od ziemi! Owszem, Ebi to niezły zawodnik. Ma mocny strzał i fajny drybling. Potrafił zachwycać i w Borussii, i w reprezentacji, a niebawem zacznie pewnie błyszczeć w Racingu Santander. Generalnie sądzę, że jest bardzo dobry, ale nie genialny...

Wielkim piłkarzem na pewno nie jest za to Wojciech Łobodziński. Jakim cudem człowiek, który od dłuższego czasu siedzi na ławce w Zagłębiu, gra w kadrze w pierwszym składzie?
Proszę pana, ja nie jestem trenerem lubińskiego klubu, a reprezentacji. A w niej Łobodziński nie zawiódł ani razu. Zawsze gdy grał, prezentował się nieźle i nabrałem do niego w ostatnich miesiącach sporego zaufania. Czemu więc miałbym nie dawać mu szansy od pierwszych minut?

Co czuje trener uchodzącej za faworyta drużyny, gdy ta traci niespodziewanie gola na 0:1?
Pierwsza myśl, jaka się pojawia w takim momencie jest mniej więcej taka: trzeba nadal grać swoje, atakować. Należy być konsekwentnym, pod żadnym pozorem nie można tracić zaufania do swoich umiejętności. Moi piłkarze postąpili według tych reguł. Dlatego wygrali, mimo że w pierwszej połowie zaprezentowali się kiepsko.

Krzyczał pan na nich w przerwie meczu?
Nie, byłem bardzo spokojny. Przekonywałem zawodników, żeby zagrali agresywniej. Udało mi się do nich dotrzeć, bo w końcu zobaczyliśmy, że potrafią przejąć inicjatywę i w efekcie uzyskać dobry wynik. Sobotnie spotkanie pokazało jeszcze jedno - w Europie nie ma już chłopców do bicia. Każdy punkt w tych eliminacjach trzeba wybiegać, wypocić. Między poszczególnymi drużynami nie ma tak wielkich różnic, jak jeszcze kilkanaście lat temu.

Dlatego pewnie nie zdziwił pana pozornie zaskakujący remis Serbów z Armenią?
Oczywiście, że nie. Co więcej, bardzo mnie ucieszył. Podobnie jak fakt, że punkty stracili Finowie. Jesteśmy o dwa kroki od Euro. To dobra wiadomość.

Zła jest taka, że w Polsce ciągle dochodzi do tak kompromitujących nas w Europie sytuacji, jak ta w drugiej połowie meczu, gdy zgasło światło...
Nie płakałbym specjalnie nad tym wydarzeniem. Przecież wszystko, co tworzą ludzie, nawet najdoskonalsze auta, prędzej czy później się psuje. To samo mogło się stać na każdym innym stadionie świata. Zresztą nie pierwszy raz w mojej karierze spotykałem się z tym, że w trakcie meczu nagle zgasły reflektory.

Co robią zawodnicy i trener podczas tak długiej, niespodziewanej przerwy?
Najważniejszą rzeczą w tym momencie jest to, by nie stracić koncentracji, zostać w grze. Nie można odpłynąć myślami za daleko, trzeba ciągle myśleć o czekającym człowieka meczu, o tym jak go wygrać.