Holender nie był w Hiszpanii postacią anonimową. Trzy lata w Realu Saragossa wystarczyły, aby media, kibice, a głównie prezesi zapamiętali sobie jego nazwisko. Uczeń guru futbolu totalnego Rinusa Michelsa, świetnie znający tajniki motywacji, wpoił zawodnikom z Saragossy ofensywny styl gry oraz mentalność zwycięzców.
Ramon Mendoza, nowy władczy prezes mistrza Hiszpanii Realu Madryt, chociaż opozycja była silna, zdecydował się właśnie na Beenhakkera. Propozycja była dla Holendra kusząca, ale i ryzykowna. Miał bowiem objąć drużynę, która dwa miesiące temu drugi raz z rzędu zdobyła Puchar UEFA. Zespół pełen gwiazd grał efektownie i skutecznie. Tytuły mistrza Hiszpanii były w tej sytuacji tylko wypełnieniem podstawowego obowiązku.

Beenhakker nie zawiódł. W trzech sezonach kibice „Los Blancos” świętowali trzy mistrzostwa ligi i puchar Hiszpanii. W rozgrywkach o Puchar Europy Królewscy trzy razy skończyli wprawdzie udział w półfinałach, ale i tak cały świat okrzyknął Real najpiękniej grającą jedenastką. Madryccy dziennikarze wyjątkowo zgodnie twierdzili, że Real Beenhakkera grał najefektowniej w historii klubu, piękniej niż zespół z przełomu lat 50. i 60., kiedy drużyna pod wodzą Di Stefano wywalczyła pięć Pucharów Europy z rzędu.

Jak Beenhakker tego dokonał? Odpowiedź zna Carlos Gonzalez, dziennikarz madryckiej „Marki”, który wie o 30-krotnych mistrzach Hiszpanii niemalże wszystko. Od wysokości ich zarobków po szczegóły kłótni w szatni, od przyczyn gwałtownych ruchów prezesa po kulisy kryzysu małżeńskiego piłkarza. Kiedy Leo przeobrażał Real w ósmy cud świata, Carlos miał dwadzieścia kilka lat i na Santiago Bernabeu biegał jak na randki z dziewczyną. Oto jak wspomina Beenhakkera i jego zespół: "Pamiętam, że kibice i dziennikarze z Madrytu mieli wielkie nadzieje, ale i obawy związane z przyjściem Holendra. Real wygrał właśnie ligę i jako pierwszy klub w historii obronił Puchar UEFA. Odejście trenera Luisa Molownego i zatrudnienie obcokrajowca, który z reprezentacją swego kraju nie awansował na mundial, budziło trochę obaw. Leo szybko je jednak rozwiał. Po latach spędzonych w Saragossie orientował się wyśmienicie w hiszpańskich realiach. Kupił do drużyny kilku ciekawych graczy, m.in. z Sevilli przyszedł późniejszy ulubieniec Bernabeu, bramkarz Paco Buyo. Co sezon wprowadzał do pierwszej drużyny kilku wychowanków, którzy później rządzili w Realu i w reprezentacji Hiszpanii, jak np Vasquez".

Największą zaletą Beenhakkera była jednak umiejętność współpracy z formacją „Quinta del Buitre” (z hiszp. Piątka Sępa). Jej lider, napastnik Emilio Butragueno, był niekwestionowaną gwiazdą zespołu, najlepszym hiszpańskim piłkarzem lat 80. Jeśli on nie grał, a nie grał tylko, jak był kontuzjowany lub zawieszony za kartki, na stadionie zawsze było 40 tysięcy kibiców mniej. Butragueno nadawał ton drużynie, razem z Hugo Sanchezem prowadził ją do zwycięstw.

I Leo to rozumiał. Zostawiał swoim piłkarzom bardzo dużo swobody. Wolność, radość gry wynikała jednak z wytrwałej pracy na treningach. Zawodnicy grający do tej pory w ataku lub na skrzydłach zaczęli uczyć się obrony. Ale tej holenderskiej obrony, która polegała na błyskawicznym przejęciu straconej przed momentem piłki. Ten żelazny schemat,michelowskiej szkoły sprawdzał się w Realu idealnie. Prawoskrzydłowy Vasquez potrafił doskonale zastąpić w obronie Manolo Sanchisa, który akurat zapędził się na połowę rywali. I odwrotnie. Sanchis nieraz wcielał się w rolę napastnika, strzelając wiele ważnych bramek.

Taki był właśnie Real. Porywający w ofensywie, bijący rekordy strzeleckie, gromiący rywali po 7:0, ale i zdyscyplinowany w obronie. Najważniejsza była idea, plan, styl gry. To do niego Holender dopasowywał poszczególnych graczy. Nazwisko nie miało tu znaczenia. Kiedy w 1989 roku Real grał w ćwierćfinale Pucharu Europy z PSV Eindhoven, wydarzyła się rzecz niesłychana. Jedną decyzją Beenhakker wywołał w Hiszpanii trzęsienie ziemi. Posadził na ławce Butragueno - Boga Madrytu - a w ataku postawił na niedoświadczonego Paco Llorente. Na nic zdały się groźby prezesa Ramona Mendozy, który w trakcie meczu wzywał Leo i żądał natychmiastowej zmiany. Beenhakker postawił na swoim i Real wygrał, awansując do półfinału.

Tak wyglądali Królewscy z ery Beenhakkera, widziani oczami dziennikarza i zarazem kibica Realu. Aby lepiej zrozumieć fenomen Beenhakkera, trzeba było jednak porozmawiać z jego piłkarzami z tamtych lat. W sezonie 1986/87 w wyjściowej jedenastce grali m.in. Rafael Martin Vasquez, młody skrzydłowy, debiutujący w Realu w wieku 17 lat, członek „Piątki Sępa”, oraz kończący już przygodę z wielkim futbolem, środkowy pomocnik Ricardo Gallego. Oni opowiedzieli nam o Realu Beenhakkera widzianym z szatni.

Jak ja kochałem rano wstawać!

"Beenhakker przyszedł do Realu, jak miałem 21 lat" - wspomina Rafael Martin Vasquez. "Od początku zrobił na mnie wrażenie swoimi pomysłami na treningi. Boże, jak ja kochałem wstawać na poranne zajęcia. Każdego dnia działo się coś nowego, nigdy się nie nudziliśmy. Leo preferował głównie zajęcia z piłką. Widać było u niego holenderski dryg, przedkładał taktykę i technikę nad przygotowanie fizyczne. Nie było mu łatwo, bo na treningach miał takich graczy jak Emilio (Butragueno - przyp. red.), Hugo Sanchez czy Michel, którzy uważali się za geniuszów techniki i sądzili, że już nikt ich niczego nie nauczy. Ale było inaczej. Leo ze swoją wizją futbolu trafiał do wszystkich. Nieprawdą jest, że trzy mistrzostwa za jego kadencji Real zdobyłby tak czy inaczej, nawet bez trenera. Holender w pierwszym swoim sezonie (1986/1987) od razu został rzucony na głęboką wodę. Miał obronić tytuł, a rozgrywki po raz pierwszy i jedyny w historii kończyły się play-offami. Sezon ciągnął się w nieskończoność - ponad czterdzieści kolejek! Na szczęście Leo świetnie nami dyrygował i dokonywał trafnych roszad. Coś o tym wiem, bo dopiero w drugiej części sezonu zacząłem grać od pierwszej minuty. Byłem młody, ale pasowałem do jego taktyki, więc nie patrzył na mój wiek. Mistrzostwo z 1987 roku to mój największy sukces w barwach Realu. To były najgłupsze, ale zarazem najtrudniejsze rozgrywki w historii hiszpańskiego futbolu".

Kibice chcieli coraz więcej

Ricardo Gallego w przeciwieństwie do Vasqueza miał już ugruntowaną pozycję w Realu. "Odpowiadałem za środek pola" - mówi z dumą. "Pamiętam, jak na pierwszych treningach i odprawach meczowych Leo prosił mnie, żebym czasami dłużej przetrzymywał piłkę. Miałem być swego rodzaju wentylem dla rozpędzonej „Piątki”. Czasami koledzy przesadzali w swojej ofensywnej inwencji, więc musiałem studzić ich zapał. Z Leo dogadywałem się świetnie. Od początku wiedziałem, że będzie nas trenował ciekawy i wybitny człowiek. Nie przypominam sobie, żeby w drużynie były jakieś konflikty, nie licząc słynnej już historii z pozostawieniem na ławce Butragueno. Drużyna wygrywała wszystko, co się dało, ale przede wszystkim grała przepięknie. Kibice nas kochali, ale z każdym meczem pragnęli coraz więcej. Dzięki urozmaiconym treningom i odprawom taktycznym Beenhakkera mieliśmy czym zaskakiwać. Nie mniej jednak w tamtym czasie liczyło się tylko i wyłącznie show!"

Beenhakker zaimponował graczom Realu nie tylko swoimi metodami treningowymi. "Równie ciekawie bywało w szatni" - ujawnia Vasquez. "Szybko zrozumiałem, dlaczego holenderskie media nadały Beenhakkerowi przydomek „Don Leo”. To z uwagi na jego skłonność do palenia ogromnej liczby papierosów i ironiczny styl bycia. Często podchodził do mnie przed lub po treningu i rzucał jakąś anegdotę o rywalu, z którym w weekend miałem rywalizować. Zawsze dawałem się wciągać w tę jego psychologiczną grę, więc było tak, że od poniedziałku lub środy myślałem już tylko o bocznych obrońcach najbliższego przeciwnika. To naprawdę działało. Czułem się w Realu swojsko jak w rodzince. Było mnóstwo żartów, ale i poważnych, życiowych rad. Z Leo można było zawsze porozmawiać o wszystkich i o wszystkim. Dobra atmosfera w szatni na pewno pomagała nam rozjeżdżać kolejnych rywali".

"Beenhakker świetnie dogadywał się po hiszpańsku, angielsku i jeszcze w kilku innych językach" - dopowiada Gallego. "Nie było w zespole żadnych nieporozumień, słownej bariery. W sobie tylko znany sposób potrafił pojednać Hiszpanów z piłkarzami z Meksyku czy Argentyny. Myślę, że każdy, a ja na pewno, lata spędzone z Leo uznaje za te najlepsze w karierze. On rzadko się mylił. To był wyjątkowy Real, który miał wyjątkowego szkoleniowca. Zapewniam was, że wyjątkowość ta nie wynikała tylko z jego reklamowego uśmiechu, ale przede wszystkim z piłkarskiej wiedzy i wizji. Miał głowę pełną pomysłów. Zaprzeczał trochę już przestarzałej hiszpańskiej myśli szkoleniowej. To on do znudzenia tłumaczył szybkim skrzydłowym, że muszą próbować także schodzić do środka i rozgrywać, a nie tylko biegać po flance bez opamiętania. Wcześniej w Hiszpanii było to nie do pomyślenia".

Ten stary dobry Leo

"Dobrze zrobiliście, że zatrudniliście Beenhakkera" - chwali nas Vasquez. "On natchnie waszych graczy do jeszcze lepszej gry. Widziałem 15-minutowy skrót meczu z Portugalią w Lizbonie i muszę przyznać, że to wciąż jest ten sam stary, dobry Leo. Poszczególni gracze dopasowani są do schematu gry. Widać dużą ruchliwość i zmienność pozycji. Po stracie piłki gracie pressingiem. Leo pomoże także waszym młodym graczom zrobić pierwsze kroki w dużej piłce. W Realu, jak tylko mógł, oglądał treningi i mecze rezerw. Podpowiadał trenerom na dorobku, jak mają prowadzić zawodników, aby ci, jak zadebiutują w pierwszym zespole, znali jego styl i niuanse taktyczne. To ważne, aby szkoleniowcy waszych młodzieżowych kadr współpracowali z Leo. Musicie wypracować swój styl, który powinniście wpajać 14-latkom. Wiem, nie jest to łatwe, bo nawet nasza reprezentacja ma z tym problem".

"Dlaczego Polska, a nie na przykład Włochy, lub Anglia?" - powtarza nasze pytanie Gallego. "Moim zdaniem Leo lubi wyzwania. Prawie całą karierę prowadził kluby i na „starość” postanowił pracować z reprezentacjami. Udało mu się w Trynidadzie i uda mu się w Polsce. Beenhakker jest niezwykle inteligenty i jeżeli dostrzegł potencjał w nieznanej dotąd drużynie z Karaibów, to z Polską musi być tak samo".