Liczby, które podobno nie kłamią, sugerują inną odpowiedź. Davis kosztował przecież 3 miliony funtów, a Ramos - sprowadzony do Tottenhamu - zaledwie 400 tysięcy. Jak to jest, że transfery trenerów nie są tak spektakularne jak transakcje dotyczące piłkarzy trzeciego sortu?

W poprzednim tygodniu obserwowaliśmy początek nowego trendu - dziś kluby nie tylko podkupują sobie zawodników, ale także szkoleniowców. Oprócz Ramosa, którego Tottenham skusił bajeczną gażą (32 milionów euro w 4,5 roku), doszło do przejścia Ronalda Koemana z PSV Eindhoven do Valencii za 200 tysięcy funtów.
Szybko zareagował na to prezydent FIFA Sepp Blatter, który oświadczył: "Będziemy chcieli ujednolicić przepisy transferowe dla zawodników i trenerów. Tych drugich także powinno obowiązywać okienko transferowe".

W określonych miesiącach czy też przez cały rok - nieważne. Już dziś widzimy, że na rynek wchodzą nowi gracze, a sumy płacone za szkoleniowców prawdopodobnie będą pięły się ostro w górę. Niewykluczone, że za kilka lat rekord Zinedine’a Zidane’a (przejście za 46 milionów funtów z Juventusu do Realu) zostanie pobity właśnie przez jakiegoś trenera - choćby Josego Mourinho czy właśnie Ramosa. Wystarczy przecież odrobina zdrowego rozsądku, by dostrzec, że dziś sumy związane z transferami szkoleniowców są nieadekwatnie niskie. Ramos kosztował londyńczyków mniej więcej tyle, ile Zagłębie Lubin dało za Piotra Włodarczyka!

Prezesi silnych klubów coraz częściej zadają sobie pytanie - kto jest więcej wart? Dobry napastnik czy dobry trener? I odpowiedź z każdym sezonem wydaje się łatwiejsza - dobry trener. Tottenham przez lata kupował piłkarzy za gigantyczne pieniądze. Rok 2007 - Bent za 16,5 miliona funtów, Bale za 10 milionów i Kaboul za 8 milionów. Rok 2006 - Berbatow za 11 milionów, Zokora za 8,2 miliona. Rok 2005 - Jenas za 7 milionów. I tak dalej, choćby do roku 2000, kiedy Tottenham wyłożył 11 milionów za Siergieja Rebrowa.

Te wielkie inwestycje w piłkarzy sięgające czasami 40 milionów rocznie nie dały absolutnie nic - londyńczycy nie zdobyli żadnego pucharu, a dziś w Premiership są blisko strefy spadkowej. W tym czasie Ramos wyciągnął Sevillę z dna ligi hiszpańskiej aż na jej szczyt, a po drodze zdobył dwa razy z rzędu Puchar UEFA i wprowadził ten zespół do Ligi Mistrzów. Zamiast wydawać pieniądze klubu, zaczął je zarabiać. Zapełnił klubowe gabloty pucharami, a trybuny - oddanymi kibicami.

Tak, tak - jeden piłkarz wprowadzony do przeciętnej drużyny zmienić wiele nie może. Jak mu dobrze pójdzie, to strzeli kilka goli, w pojedynkę wygra dwa mecze. Ale jeden trener - odpowiednio dobrany do potrzeb klubu - jest w stanie zrobić naprawdę wiele. Zgodnie z zasadą, którą głosi Marcelo Lippi: "Pojedyncze mecze wygrywają zawodnicy, turnieje - trenerzy... No i jest jeszcze druga strona medalu - kiepski szkoleniowiec rozłoży nawet prawdziwy dream-team.

Piłkarscy menedżerowie coraz częściej podpisują umowy nie z piłkarzami, ale właśnie ze szkoleniowcami. Szukają im pracy, negocjują umowy. "Nie wierzę jednak w to, że transfery trenerów dorównają transferom zawodników. Słusznie czy nie, piłkarze zawsze na tym rynku pracy wyceniani byli zdecydowanie wyżej. Tak było, jest i będzie" - przewiduje Mariusz Piekarski, były piłkarz, dziś menedżer. "Może ta dysproporcja wynika z tego, że piłkarza łatwo można jeszcze sprzedać z zyskiem. Chociaż niewykluczone, że teraz i trenerzy będą mieli wpisywaną w kontraktach pokaźną sumę odstępnego" - dodaje.

Do Polski moda na trenerskie transfery jeszcze nie przyszła. Kiedy Legia chciała sprowadzić Dariusza Wdowczyka z Kolportera, ostatecznie z tego zrezygnowała, bo... trzeba było zapłacić za niego kilkadziesiąt tysięcy złotych kielczanom. Nie przeszkodziło to jednak po jakimś czasie kupić Brazylijczyka Juniora za dwa miliony. Że jest to absurd, widać gołym okiem.

Z kolei latem Maciej Skorża przeszedł z Groclinu do Wisły, ale grodziszczanie nie otrzymali za szkoleniowca ani złotówki. W tym samym czasie krakowianie ściągali Tomasa Jirsaka za 700 tysięcy euro. Czyje przyjście okazało się dla Wisły ważniejsze i cenniejsze, chyba udowadniać nie trzeba.

Ci, którzy nie wierzą, że już wkrótce najbardziej kuszącym kąskiem na transferowym rynku może być trener, a nie piłkarz, powinni pamiętać, że początkowo sumy płacone za zawodników też były - patrząc z dzisiejszej perspektywy - minimalne. Alf Common przeszedł w 1905 roku z Sunderlandu do Middlesbrough za tysiąc funtów...