Co się dzieje z Anderlechtem? Zespół, który zdobył mistrzostwo Belgii, dziś jest dopiero czwarty w lidze i męczy się ze słabeuszami.
To prawda, że momentami gramy tragicznie. Tak jak w Polsce wszystkie kluby z ligi specjalnie się nastawiają na Wisłę i Legię, tak w Belgii Anderlecht powoduje mobilizację. Mecze z nami rywale traktują priorytetowo. Ale rzeczywiście momentami gramy tragicznie.

W tym sezonie nie zawsze wychodził pan w podstawowym składzie. Czy to znaczy, że pańska pozycja z drużynie jest zagrożona?
Nigdy nie odczułem, żeby ktokolwiek z Anderlechtu był ze mnie niezadowolony. Raczej wszyscy wokół dają mi do zrozumienia, że wszystko jest w porządku.

Podobno za mało udziela się pan w ofensywie.
Czy ja wiem? Ostatnio naprawdę gramy beznadziejnie. Szczególnie w obronie. W tym sezonie zdarzało się już, że prowadziliśmy 2:0, by ostatecznie remisować 2:2. Dlatego naprawdę wolę zostać z tyłu i zabezpieczyć dostęp do bramki. Mamy ludzi do atakowania, ale z tyłu wygląda to tragicznie. Z trenerem Frankiem Vercauterenem rozmawiałem wielokrotnie i ani razu nie dał mi odczuć, że się na mnie zawiódł.

Ale języka pan cały czas nie zna?
Zapału do nauki wystarczyło mi na dwa pierwsze miesiące. Później się zniechęciłem. Inna sprawa, że po prostu nie mam na to czasu. W tej chwili, kiedy doszły jeszcze spotkania w Pucharze UEFA, gramy co trzy dni i nie mam już czasu nawet dla rodziny. Rozmawiam z kolegami mieszaniną angielskiego, kilku francuskich i flamandzkich zwrotów, które opanowałem, i na migi. Poza tym moim tłumaczem jest czeski bramkarz Daniel Żitka. Ale naprawdę u nas w szatni jest tylu obcokrajowców, że mówi się w niemal wszystkich językach świata.

Za to innym piłkarzom podobno nieźle idzie nauka polskiego?
Jasne, poznali kilka słów. Zawsze bardzo poważnie podchodzę do treningów. Niektórzy nawet uważają, że zbyt poważnie. Jak się do nich zbliżam podczas zajęć, to krzyczą do mnie po polsku: "spokojnie".

Z tego wynika, że świetnie się pan zintegrował z drużyną.
Zawsze byłem otwartym człowiekiem i nigdy nie miałem problemów z ludźmi. Tutaj nie jest jednak tak jak w Polsce. Nie chodzimy po meczach czy treningach gdzieś wspólnie na miasto napić się piwa. Chyba tylko czterech piłkarzy mieszka w Brukseli, reszta rozsiana jest po całej Belgii. To jest mały kraj, ze świetną siecią autostrad, więc wszędzie można szybko dojechać. Kilku zawodników mieszka nawet we Francji, żeby płacić niższe podatki. Po meczu jest szybka kolacja i każdy rozjeżdża się w swoją stronę.

Jak pańska rodzina odnajduje się w Belgii?
Ciężko jest. Mój syn chodzi do francuskiego przedszkola, ale niezbyt dobrze się tam czuje. Na razie nie może opanować języka. Owszem, zna jakieś wierszyki i piosenki, ale tylko fonetycznie. Nie ma pojęcia, jakie jest znaczenie tych słów. Wiadomo, że dzieci potrafią być okrutne, ale na szczęście syn nie płacze, jest twardy.

Podczas niedawnego meczu z Gent pan również musiał wykazać się mocnym charakterem...
Doszło do bardzo przykrego dla mnie zdarzenia. Sędzia zarządził minutę ciszy w związku ze śmiercią mojego ojca, a kibice Gentu zaczęli gwizdać i buczeć. Zrobiło mi się bardzo smutno. Jednak już następnego dnia do klubu przyszedł zaadresowany do mnie faks, w którym kibice Gentu przepraszali. Przy okazji następnego spotkania wywiesili transparent z przeprosinami. Starali się bardzo jakoś mi zrekompensować zachowanie kilku idiotów.

Podobno całą Belgię obiegły zdjęcia, na których jeden z kolegów pana pociesza. Czuł pan wsparcie w klubie w tych trudnych chwilach?
Wszyscy tu świetnie się zachowali. Mówili mi, że nie muszę wracać na najbliższy mecz, że mogę spokojnie pozałatwiać wszystkie sprawy w Polsce.

Dochodzi pan do siebie po tej tragedii?
Powoli. Najważniejsze, żeby przestać cały czas o tym myśleć. Ilekroć jestem sam, to myśli od razu biegną w tamtą stronę. Trzeba czymś zająć głowę.

W szatni Anderlechtu już się zaczęły rozmowy o meczu Polski z Belgią?
Na razie wolę się koncentrować na najbliższych spotkaniach ligowych i Pucharze UEFA. W szatni nie ma jeszcze tego tematu. Kilka razy rzuciłem, że zrobimy im piekło, ale wiadomo, że to są zgrywy. Belgowie w ogóle tym się jeszcze nie zajmują. Wiadomo, że już przegrali eliminacje i nie mają o co grać. Co prawda teraz doszło kilku młodych piłkarzy i zaczyna się tworzyć ciekawa drużyna. Wystarczy popatrzeć na ich ostatnie wyniki. Zdaje się, że nie przegrali w pięciu kolejnych meczach. Nie jest więc powiedziane, że będzie tak łatwo. Nie przyjadą do Chorzowa, żeby nam oddać punkty. Ale my wiemy, o co gramy. To dla nas historyczna szansa i nie zmarnujemy jej.