Piątek wieczór, mecz klasy B, czyli spotkanie Legii z Jagiellonią Białystok. Niezły moment, aby wybrać się na Łazienkowską i sprawdzić, o co tak naprawdę chodzi w słynnym już proteście warszawskich kibiców. Dlaczego ci fanatycy, przez lata niosący dopingiem drużynę, od dłuższego czasu milczą, zamiast śpiewać? Czemu jeśli już krzykną, to w celu obrażenia działaczy swojego klubu? Czy to rzeczywiście zwykli chuligani, rzezimieszki, które myślą, że są bezkarne? Może hołota? Społeczny margines?.

18.50. Przyjeżdżam pod stadion. Godzina z okładem to chyba wystarczająco czasu, żeby dostać się na trybuny. Najpierw jednak muszę wyrobić sobie kartę kibica. Jak można przeczytać na stronie internetowej klubu, poza prawem wejścia na stadion, daje ona sporo zniżek. Mój znajomy mówi wprawdzie, że to bujda na resorach, ale mu nie wierzę. Dopiero gdy wczytuję się głębiej w regulamin i dowiaduję, że w mam 15 procent zniżki na wycieczki w Triadzie z katalogu "Lato 2005", zaczynam mieć wątpliwości, czy ktoś nie chce mnie nabić w butelkę. Ale co tam - kartę trzeba mieć.
19.10. Od dwudziestu minut stoję w kolejce, poruszyłem się może o metr. Powoli poznaję współtowarzyszy niedoli. Ten przede mną zgubił kartę i musi wyrobić sobie nową. Ten za mną idzie na Łazienkowską po raz pierwszy, bo słyszał, że jest fajnie. Student socjologii.
19.35. Do meczu coraz bliżej. Słyszę jak spiker pyta: "Kto dziś wygra?", a kibice odpowiadają: "Legia!". A więc może doping dziś będzie. Po chwili wyczytywane są składy. "Na co ten Giza? To paralityk" - wścieka się kibic przede mną.
19.50. Mecz za dziesięć minut. Niestety, ciągle - od godziny - stoję w kolejce po kartę kibica. Jestem już nawet blisko. "Panie, kiedyś to można było wejść i wyjść, bez problemu. Teraz żeście jakieś zasieki porobili" - kibic przede mną jest już trochę podenerwowany. "A czyja to wina" - pyta ochroniarz, sugerując, że gdyby nie zamieszki w Wilnie... "Jak to czyja? Kaczyńskich" - odpowiada fan i atmosfera trochę się rozładowuje.
19.55. Po godzinie i pięciu minutach udało się dostać do małej chałupki stojącej koło stadionu. Żeby do niej trafić, trzeba było przejść po prowizorycznym schodku, złożonym z jakiegoś gruzu. Nad głową drut kolczasty, po bokach przeżarte rdzą kraty. Kiepska to wizytówka klubu i kiepska zapowiedź tego, co będzie dalej... Wypełniam formularz, kobieta koło czterdziestki robi mi zdjęcie. Potem drugie, bo przy pierwszym coś źle wcisnęła. Już się nie dziwię, że kolejka tak się ślimaczyła. Jeden aparat i jeden komputer to niezbyt wiele jak na jeden z największych klubów w Polsce. Przypominam sobie, jak wydawane są akredytacje prasowe na mistrzostwa świata w piłce nożnej. Takich stanowisk - z aparatem i komputerem - jest dziesięć, a może więcej. A dziennikarzy od kibiców przecież mniej... "No to jak, mogę odebrać tę kartę" - pytam. "Nie, proszę wyjść i ustawić się w kolejce do okienka obok". Uszom nie wierzę. Metr ode mnie przy biurku siedzi dziewczyna, która wydaje gotowe karty. Jest na wyciągnięcie ręki. Mogłaby po prostu dać mi ten cholerny kawałek plastiku i poszedłbym na mecz, który właśnie się zaczyna...
20.05. Stoję w drugiej kolejce już od kilku minut. Ze stadionu dochodzą mnie tylko odgłosy typu "uuuu", po których wnioskuję, że zapewne Chinyama znowu nie może trafić w bramkę. Nad okienkiem dumny napis: "Oficjalny sklep kibica". Gdybym przyszedł z synem, pewnie ustawiłbym się właśnie w tym miejscu, żeby kupić mu koszulkę lub szalik. Wcześniej widziałem różne gadżety rozłożone na łóżkach polowych, ale podróbek kupować nie mam zamiaru.
20.15. Dziewczyna, która stała w kolejce przede mną zostaje odesłana do kasy numer 4. Ludzie wybuchają śmiechem, bo czekała prawie pół godziny. Mężczyzna za mną lekko nerwowy. "Drwią sobie z nas! Mecz już trwa! A tę kartę to mieli mi w sierpniu wysłać pocztą" - mówi. Wreszcie moja kolej. Zaglądam do środka - jak na oficjalny sklep kibica to dość tu ubogo. Mówiąc wprost - jest to pewnie jedyny sklep w Polsce, w którym nie można niczego kupić. Teraz już wiem, dlaczego Mariusz Walter narzeka, że nikt nie nabywa oficjalnych pamiątek. Ktoś zapomniał ich wyprodukować... Jest za to jakaś rozwalona lampa, trzy krzesła. Stół, a na nim porozrzucane banknoty - setki i pięćdziesiątki. Jeszcze minuta i dostanę tę upragnioną kartę kibica, która da mi zniżki na wyjazd w 2005 roku...

"20 złotych" - mówi pracownica klubu. "A daje mi to prawo wejścia na stadion?" - pytam. "Nie, to tylko karta. Musi pan jeszcze kupić bilet". "To poproszę na odkrytą".
"My biletów nie sprzedajemy. Niech pan idzie do kas" - słyszę.
20.20. Jestem w kolejce przy "Żylecie", czyli trybunie odkrytej. Oprócz mnie może jeszcze sto osób, do dwóch kas. Niby niewiele, ale wkrótce zweryfikuję tę opinię.
20.30. Poruszyłem się o kilka metrów. Widzę, że sprzedaż biletu jednej osobie zajmuje około minuty. Mam czas, więc sobie liczę - gdyby w tych dwóch otwartych kasach bilety chciało kupić cztery tysiące ludzi, czyli mniej więcej tyle, ile wejść może na trybunę odkrytą, przy tym systemie dystrybucji zajęłoby to 33 godziny. Biorąc to pod uwagę, małą kolejeczkę przed sobą odbieram niemal jako dar losu... I cieszę się, że za właśnie trwa nędzny mecz z Jagiellonią, a nie jakieś hitowe spotkanie z Wisłą lub Lechem. Za sobą słyszę: "I tak jest lepiej niż ostatnio. Dziś baba nie wychodzi na papierosa". "A normalnie wychodzi?" - pyta ktoś poirytowany.
"Normalnie to jak nie zapali raz na dziesięć minut, to biletu nie sprzeda" - pada odpowiedź. "Albo się jej drukarka psuje" - dorzuca ktoś inny. "Albo się jej papier kończy i wtedy to już kaplica, biletów nie ma" - dodaje jeszcze inna osoba.
20.35. Coś się chyba działo na boisku, bo słyszałem zamieszanie. I znów ten przeciągły ryk - "uuuuuu". Ktoś w kolejce dzwoni do kolegi. "Tak? Znowu Giza nie trafił"! - krzyczy do słuchawki. Kostnieją mi palce u rąk i nóg. Od godziny i czterdziestu pięciu minut stoję w kolejkach, na zimnie. Termometry wskazują trzy stopnie.
20.40. Jestem przy kasie. Przede mną tylko jedna osoba. "30 złotych" - informuje sprzedawczyni. "No to chyba 15, bo pierwsza połowa si właśnie kończy?" - pyta kibic. "Nie, 30". "A mogę wiedzieć, jak się pani nazywa?" - pyta chłopak. "Nie, nie może pan. Jak panu nie pasuje, niech pan pisze do klubu. I tak pan nic nie zdziała. Bierze pan ten bilet, czy nie?". "Biorę. Ale z tym coś zrobię, bo to złodziejstwo". Ja swoją wejściówkę odbieram już bez zbędnego gadania. Mówiąc szczerze, głupio w takim momencie się poddać i wracać do domu, ale w ogóle nie chce mi się już oglądać tego meczu. Jestem zły, wkurzony, może nawet agresywny. W oczy rzuca mi się billboard, tuż obok trybuny odkrytej. Na nim napis - "Witamy w Polsce".
20.43. Na dwie minuty przed końcem pierwszej połowy wchodzę na trybunę. Przeszedłem prawdziwą drogę przez mękę. Wokół boiska czasami wyświetlane są reklamy - "Idź do kina". Czuję, jakby ktoś ze mnie kpił. Rzeczywiście - trzeba było iść do kina. Tylko, że jeśli tak ITI wpuszczałoby ludzi do swoich multipleksów, to może załapałbym się na premierę "Casablanki".
20.48. Koniec pierwszej połowy. Ależ się naoglądałem! W przerwie wolę się nigdzie nie ruszać. Z korony stadionu widzę, że z toalet mam do dyspozycji tylko plastikowe budy, a w takich załatwiać się nie przywykłem. W dodatku widzę, że kolejki do nich są takie, że tym razem przepadłaby mi druga połowa. Z jedzeniem to samo - coś tam sprzedają zza zardzewiałej blachy. Niedosmażona kiełbacha i cola. Nie, dziękuję.
21.03. Powinna się zacząć druga połowa. Spiker mówi, że zostanie opóźniona, ale dokładnie nie słyszę dlaczego, bo głośniki z tej strony stadionu nie działają. Powoli zaczynają mnie boleć nogi - dwie godziny w kolejkach, a teraz znowu stanie. Usiąść nie mogę, bo krzesełek nikt nie mył chyba od kilku lat. Strach je nawet dotknąć palcem.
21.12. Już wiadomo, dlaczego nie gramy. Ktoś tam mówi, że to przez flagę na sektorze Jagiellonii. Cała trybuna ryczy: "Piłka nożna dla kibiców!". Przyłączam się -zapłaciłem sporo pieniędzy, żeby wejść na stadion, a z meczu to jak na razie widziałem dwie minuty.
21.20. Kibice Jagiellonii zdejmują wszystkie flagi, poza tą jedną, kontrowersyjną. Działacze Legii próbują zasłonić ją, zarzucając jakąś plandekę na przenośną bramkę. "Co za żenada" - mówi ktoś za mną. "Co oni zrobili z tego stadionu, cyrk" - dodaje ktoś inny. A po chwili kilka tysięcy gardeł ryczy: "Nie pękajcie, przewieszajcie".
21.28. Rozpoczyna się druga połowa. Kibice Jagiellonii rzeczywiście przewieszają flagę i teraz nic jej nie zasłania. Okazuje się, że skompromitował się obserwator PZPN. Pomyliły mu się kolory i dostrzegł rasistowską treść w nierasistowskim transparencie. Przez jego niedołężność marzłem kolejne pół godziny. Nic dziwnego, że kibice wznoszą mało cenzuralne okrzyki pod adresem PZPN.
21.40. Pytam, czego dotyczy protest. Dlaczego nikt nic nie dopinguje. Tomek, stojący niedaleko pracownik agencji reklamowej, tłumaczy mi: "Działacze chcą zniszczyć ruch kibicowski na Legii. Niech zobaczą, jaki będzie tego efekt. Kiedy im było wygodnie, to chwalili się robionymi przez nas oprawami. Ale teraz okazuje się, że wszystkiemu winni jesteśmy my. Że nie ma sponsora na koszulkach - my. Że niska frekwencja - my. Że piłkarze nie strzelają goli - też my, bo nie dopingujemy. Nie potrafią poradzić sobie z chuligaństwem, wrzucają wszystkich do jednego worka, traktują nas jak śmieci". Krzysiek, student Uniwersytetu Warszawskiego, dodaje: "Klub jest zakłamany, a kłamstwo ma krótkie nogi. Dali zakazy stadionowe chłopakom za odpalenie rac na meczu z Wisłą. Tylko, że ten pokaz pirotechniczny był wcześniej uzgodniony z działaczami! Najpierw wydali zgodę, a teraz karzą. Mało tego, przed sądem jeden z działaczy zeznał, że takiej zgody na race nigdy nie było. Dla takich łgarzy nie mamy szacunku". "Jak my się nie wstawimy za tymi niewinnymi chłopakami, których wyrzucono ze stadionu, to kto to zrobi? Jesteśmy mocni tylko jako całość" - mówi ktoś. Jeszcze inna osoba dorzuca: "A pamiętacie napis na ostatnim meczu reprezentacji. Piękna choreografia i gigantyczny transparent: <Z dedykacją dla tych, którzy spisali NaS na straty>. NS to skrót od Nieznanych Sprawców, czyli kibiców, którzy robili oprawy, kartoniady. Ich się pozbyto". "Działacze nas obrażają w wywiadach. Robią z nas dealerów narkotyków. Widział pan, żeby ktoś tu narkotyki sprzedawał? A potem okazuje się
przestępcy to pracują w klubie. Mecze ochrania agencja, której właściciel siedzi w więzieniu. Odpowiedzialny za bezpieczeństwo jest były zomowiec". "I kłamią, kłamią, kłamią! Ostatnio Ostrowski mówił, że Legia wcale nie domagała się kar dla klubów, które wpuściły nas na swój stadion w czasie meczów wyjazdowych, a potem jego pismo - właśnie z takich żądaniem - wydrukowała prasa". "Ale my chcemy dialogu, chcemy kompromisu. I też chcemy bezpiecznego stadionu".
"Nie ma Legii bez <Żylety>. Ale <Żyleta> to ludzie, a nie te krzesełka. Jak zamkną tę trybunę, to przeniesiemy się na inną".

22.10. Legii nie idzie. Pewnie doping by się przydał. "Nie pomożecie?" - pytam. Ostatnio Marcin Burkhardt mówił przecież o fanach, że jak się mają tak zachowywać jak obecnie, to niech w ogóle lepiej nie przychodzą. "Zaraz, zaraz. My jesteśmy klientami, my płacimy i wymagamy. Bilet kosztuje 30 złotych. To nas powinno się obsługiwać, a nie na odwrót. Doping to nasza dobra wola, a nie obowiązek. Burkhardt to przykład gwiazdki, której wszystko się poprzewracało w głowie. Niech zacznie grać, to my - jak zechcemy - będziemy mu bili brawo" - tłumaczy mi jeden z kibiców. "Działacze chcieli, żeby było jak w Anglii to jest. Siedzimy i oglądamy. I to ma być problem" - pyta kto inny. "To prawdziwy absurd. Klub nas nie chce, obraża, wyrzuca ze stadionu tych, którzy byli odpowiedzialni za doping, ale jednocześnie żąda, abyśmy zrywali gardła" - słyszę.
22.15. Kończy się beznadziejny mecz. Gdybym wiedział, że to będzie takie dno, zostałbym w domu. Kopanina na poziomie szkolnego boiska. Atmosfery - brak. Jeszcze tylko wyjść... Najpierw schody, na których trzeba być mocno skupionym. Wielu stopni brakuje, w wielu są głębokie dziury. Co metr to zasadzka. Cud, że nie złamałem nogi. Kto w ogóle dopuścił ten stadion do użytku? Jakby tego było mało, droga na zewnątrz prowadzi tylko przez jedną, szeroką na trzy czy cztery metry bramę. Ścisk w kilkutysięcznym tłumie nieziemski, czuję czyjś łokciem na brzuchu, ktoś depcze mi po nodze. Ale nie mogę mieć pretensji - ja też kogoś zadeptałem. Inaczej się nie da.
23.00. Wreszcie w domu. Podziwiam tych, którzy chodzą na "Żyletę" regularnie... Z ogrzewanej loży honorowej i z salki bankietowej, gdzie w przerwie podają przekąski, łatwo idzie nazywanie ich - przemarzniętych chłopaków - bydłem. A tak naprawdę to ludzie bezgranicznie oddani klubowi. Tylko tacy znieśliby te wszystkie upokorzenia, na jakie natrafia kibic niechciany. I tylko ich Legia ma. Bo gdy, ktoś, kto jeszcze nie był na Łazienkowskiej zapyta mnie, czy warto tam pójść, to najdobitniej jak tylko potrafię wybiję mu to z głowy. Zedrą z ciebie 50 złotych, nie dadzą nic w zamian, a w prasie nazwą kryminalistą i durniem.