Kirm, 17-krotny reprezentant Słowenii, kosztował Wisłę 450 tys. euro, jednak nawet do spółki z Łukaszem Gargułą, który został zakontraktowany bezgotówkowo już na początku roku, w najlepszym wypadku jest uzupełnieniem strat. Tym bardziej, że ten drugi stracił całą rundę wiosenną z powodu poważnej kontuzji i jego forma jest wielką niewiadomą. Na Reymonta trafił jeszcze młody pomocnik Floty Świnoujście Łukasz Burliga i na tym na razie koniec wzmocnień. Są prowadzone rozmowy w sprawie pozyskania Mariusza Jopa z FK Moskwa oraz brazylijskiego obrońcy Panathinaikosu Davida Braza (który nie zrobił w Atenach kariery), ale ich finał jest jeszcze nieznany. A przecież z Krakowa wynieśli się dwaj zawodnicy jeszcze niedawno stanowiący o sile drużyny - Marcin Baszczyński i Marek Zieńczuk.

Opory Bogusława Cupiała przed kupowaniem zawodników o wartości kilkuset tysięcy euro trwają już od kilku dobrych lat. Opinii publicznej prezentowany jest obraz prezesa, który dzielnie inwestuje wielkie pieniądze, by do tej wymarzonej Champions League się dostać, ale piłkarze nie są w stanie stanąć na wysokości zadania. Gdy całkiem niedawno Cupiał zapowiedział, że chętnie by się obciążenia, jakim jest Wisła, pozbył, właściwie nikt się nie dziwił. Na co komu taka kula u nogi? Gdy ostatecznie okazało się, że na Wisłę wcale chętnych nie ma, większość ze zrozumieniem przyjęła deklarację właściciela, że teraz to on będzie już odzyskiwał wpompowane przez 11 lat w klub pieniądze.

>>>Mistrz Polski zdał pierwszy test przed LM

Problem w tym, że nawet całkiem pobieżna analiza wykazuje, że Cupiał na Wiśle zarabia. I to całkiem nieźle. Weźmy przychody z transferów, które są podstawą budżetów takich klubów jak Wisła. Chociażby sezon 2008/09: na sprzedaży Adama Kokoszki, Clebera i Dariusza Dudki Wisła zarobiła ponad 3 mln euro. Ile wydała z tego na transfery? Niemalże zero! W jeszcze wcześniejszym sezonie nabywcę znalazł Jakub Błaszczykowski, za którego Cupiał wziął ponad 3 mln euro. Owszem, wtedy nieco zainwestował w zespół, ale niewiele ponad milion euro.

Tymczasem w LM są ogromne pieniądze do podniesienia, a żeby tam się dostać, trzeba inwestować. Nagrody są jednak tak znaczne, że wszelkie inwestycje powinny się zwrócić. I to z nawiązką!

Po zmianie zasad kwalifikacji do Champions League i podzieleniu pretendujących do niej zespołów na grupę „mistrzów” i „niemistrzów” najlepszy polski zespół na pewno nie trafi na tak silnego rywala jak choćby w ubiegłym sezonie, kiedy przyszło mu się zmierzyć z Barceloną. Teraz na drodze do wielkiego prestiżu i równie wielkich pieniędzy staną znacznie mniej wymagające zespoły. W trzeciej rundzie kwalifikacji - od której wiślacy zaczną swój udział - w najgorszym wypadku może to być austriacki Salzburg lub słowacki Slovan Bratysława. W decydującej - Olympiakos Pireus, FC Kopenhaga, Slavia Praga, Lewski Sofia lub Partizan Belgrad. Nazwy nie rzucają na kolana.

Co to oznacza dla Cupiała? Perspektywę sporych przychodów. W tym roku UEFA nie ogłosiła jeszcze, ile zapłaci za start w europejskich pucharach poszczególnym klubom, ale rok temu za sam awans UEFA płaciła 3 mln euro. FC Basel i Steaua Bukareszt - najsłabsze drużyny zeszłej edycji, czyli takie, które wywalczyły najmniej premii na boisku (300 tys. za remis, 600 za zwycięstwo) - zarobiły na LM odpowiednio 8,4 oraz 6,8 mln euro. Oprócz bowiem premii za punkty i awans do fazy grupowej UEFA płaci działkę każdemu klubowi (proporcjonalnie do popularności i rynku telewizyjnego w kraju, z którego zespół pochodzi) z tak zwanego market pool.

W nowym sezonie stawki mogą być jeszcze wyższe, można więc założyć, że gdyby wiślakom udało się w grupie zdobyć jakieś punkty, to mogliby dostać nawet ok. 10 mln euro. To więcej, niż wynosi aktualny budżet klubu!

Pytanie czy Wisłę będzie stać na to, by pokonać np. mistrza Grecji. Kilka lat temu to się nie udało (wtedy rywalem był Panathinaikos), jednak odwracając pytanie, trzeba stwierdzić, że Cupiała stać na to, by lekkomyślnie wypuścić taką szansę z rąk. Nawet gdyby konieczne do tego było głębsze sięgnięcie do kieszeni. Wszystko zależy bowiem od tego, jaką drużyną będzie dysponował trener Skorża. Miniony sezon w polskiej ekstraklasie pokazał, że krakowianie byli słabsi niż w ostatnich latach, a odniesienie końcowego sukcesu ułatwili im nieco rywale.

W eliminacjach Ligi Mistrzów nie można na to liczyć. Olympiakos Pireus już wydał na wzmocnienie składu 5,7 mln euro, sprowadzając m.in. angielskiego napastnika Matta Derbyshire’a z Blackburn Rovers za 3 mln i Olofa Mellberga z Juventusu za 2,5 mln.

Dwaj inni potencjalni rywale Wisły w IV rundzie kwalifikacji nie byli tak rozrzutni, ale i tak zainwestowali w transfery więcej niż mistrz Polski. Slavia Praga według portalu Transfermarkt wydała 1,95 mln euro, a Partizan Belgrad 650 tys. Na tym pewnie się nie skończy, bowiem obydwa kluby na transferach także zarabiały - odpowiednio 2,55 mln i 1 mln euro. Jedynie FC Kopenhaga i Lewski Sofia na razie ograniczyły się do transferów bezgotówkowych.

Optymistyczną wiadomością dla fanów Wisły jest odrzucenie oferty Fulham w sprawie transferu lidera mistrzów Polski Pawła Brożka. Londyński klub oferował 3,3 mln euro, ale ta suma nie spełniła oczekiwań prezesa Cupiała. Wcale nie oznacza to jednak, że Brożek pozostanie w Krakowie. Być może jednak o jego przyszłości zadecydują właśnie eliminacje do LM. Jeżeli się nie uda - droga będzie wolna.

Oczywiście Cupiał jest właścicielem klubu, to jego pieniądze i trudno mu cokolwiek narzucać. Większość kibiców widzi to jednak w ten sposób, że kupując taki klub, kupił pewne dobro narodowe. A w interesie nie tylko Wisły, ale i całego polskiego futbolu jest awans wreszcie po 13 latach do Champions League. A i właściciel na tym na pewno nie straci.