W połowie lat 90. do Levady zgłosili się działacze drugoligowego estońskiego klubu FK Olump Maardu z prośbą o pomoc finansową. Zgodził się. W 1998 r. - na cześć nowego sponsora - Olump zmienił nazwę na FC Levadia. Klub z Levadą w roli prezesa bez problemu awansował do pierwszej ligi.

Ukrainiec jest właścicielem Levadia Group, największej estońskiej firmy zajmującej się handlem stalą. Ale zarabia nie tylko na handlu. Skupuje między innymi nieruchomości w centrum Tallina z zamiarem budowania hoteli i centrów handlowych. Jego pracownicy twierdzą, że nieźle płaci i zawsze można się z nim dogadać. Rozmawiał z nami trochę po rosyjsku, a trochę po angielsku i polsku. Śmiał się równie często, jak używał słowa "kryzys".

DANIEL RUPIŃSKI: Jest pan Ukraińcem, tam futbol jest nieco poważniejszy niż w Estonii. Dlaczego więc związał się pan z klubem z Tallina?

VIKTOR LEVADA: Bo Estonia dała mi szansę, tutaj dorobiłem się majątku. Staram się więc zrobić w zamian coś pozytywnego, pomóc, coś zorganizować. Przy okazji dobrze się bawię.

Ale można bardziej efektywnie. Po co poważny biznesmen, który zarabia miliony na handlu, chce je tracić na klubie piłkarskim?

Pod koniec lat 90. w Estonii rosło zainteresowanie sportem, powstawały kolejne kluby. Ludzie do mnie przychodzili i prosili, aby zaczął sponsorować ich drużyny. W Estonii piłka nożna jest sportem numer jeden, więc nie mogłem inaczej wybrać. Pewnego dnia zdecydowałem. Zacząłem wspierać drugoligowy klub. Potem poszło z górki.

Nie lepiej było skupić się na handlu?

Nie, chociaż to nieco łatwiejszy biznes.

Większość miliarderów z Rosji czy Ukrainy traktuje swoje kluby jak zabawkę. A pan?

Na pewno nie jak maszynkę do zarabiania pieniędzy, bo na tym nie da się zarobić. Traktuję to bardziej jak hobby. To działa jak narkotyk, który mocno uzależnia. Jak już się zacznie, to bardzo trudno skończyć.

Co panu to daje?

Sam jestem ciekaw. Szczególnie w ostatnim czasie się nad tym zastanawiam. Siedzę właśnie przed lustrem i pytam się sam siebie: po co mi futbol? (śmiech) Co on mi dał? Sławę? Nie. Pieniądze? Na pewno nie. Może trochę wiedzy, możliwość przeprowadzenia nowych interesów, poszerzenia ciekawych kontaktów. W Sosnowcu na przykład, przy okazji meczu z Wisłą, odwiedzę naszych dostawców, m.in. przedstawicieli Stalproduktu.

Futbol to ryzykowny biznes? Bardziej ryzykowny niż handel stalą?

Generalnie ryzyko jest spore. Tutaj same inwestycje nie wystarczą, potrzeba również dużo pracy i wolnego czasu. A jak już inwestujesz w klub, to musisz się pogodzić z tym, że to nie ma prawa się zwrócić. Im szybciej się z tym pogodzisz, tym lepiej.

Ale chyba się panu udało? Mówi się, że stworzył pan taki estoński dream team.

Estonia to taka europejska wioska. Patrząc w skali europejskiej, Levadia na pewno nie jest silną drużyną. Żaden z niej dream team. Nawet na polski zespół może okazać się za słaba. Na Zachodzie inwestuje się w klub nieporównywalnie większe pieniądze, poświęca się na rozwój o wiele więcej energii. To nie ta skala. Ale rzeczywiście, lokalnie Levadia jest naprawdę silna.

W zeszłym sezonie Levadia zdobyła prawie 100 pkt, strzelała ponad trzy gole na mecz. Teraz może się to powtórzyć. Nie nudzi to pana?

Pewnie, że to staje się nudne. Proszę spojrzeć na tabelę, gdzie jest nasz najgroźniejszy rywal Flora Tallin.

Estońska liga tak słaba czy Levadia tak silna?

Szczerze mówiąc, to liga jest dosyć słaba. Może nie powinienem tego głośno mówić, bo narobię sobie problemów (śmiech).

Pana klub mocno odczuwa kryzys?

Efekty kryzysu już są widoczne - rosną wydatki, pensje piłkarzy są dla mnie czymś coraz bardziej uciążliwym. Być może to tylko kwestia czasu jak będzie jeszcze gorzej.

Kryzys bardzo przeszkadza Ukrainie. Sądzi pan, że to był dobry pomysł, aby tam organizować Euro 2012?

Sam nie wiem. Ukraina na razie jeszcze nie jest gotowa na taką imprezę. Zakładając, że owszem, nie ma lotnisk, dróg i hoteli, ale UEFA daje Ukrainie szansę na rozwój, to był to dobry pomysł. A tak przy okazji, to nie wiedziałem, że Polska tak dobrze da sobie radę z organizacją Euro.

Z pana perspektywy polski futbol idzie do przodu?

Tak, piłka w waszym kraju jest na coraz wyższym poziomie, ale generalnie progres jest widoczny na całym Wschodzie. Na pierwszym miejscu wciąż jest Rosja, na drugim Ukraina, a na trzecim - może wy? Wasz futbol rozwija się lepiej niż wasza ekonomia. W Estonii do tej pory było tak samo. Tylko teraz tutaj wszystko jest do góry nogami - ekonomia w dół, futbol w górę.

Piłkarze Wisły nie wyobrażają sobie, że mogliby nie wygrać z Levadią. Obawia się pan ich?

Proszę pana, bać to ja się boję kryzysu, ale na pewno nie tego meczu. Co będzie, to będzie. Nie będę smutny, jak przegramy, bo i dlaczego miałbym być smutny? Będę czuł się źle, jak przegramy pechowo, przez jakiś głupi błąd sędziego czy coś takiego. Ale w innym przypadku będzie OK. Nie będę się tym przejmować.

Wie pan przynajmniej, z kim gra Levadia? Zna pan jakichś piłkarzy Wisły?

Szczerze mówiąc, nie miałem nawet okazji sprawdzić, w jakim Wisła gra składzie. Spokojnie, nasz trener sprawdzi. Ja też w końcu się dowiem. Warto to wiedzieć.

Pana zdaniem Wisła jest dużo lepsza od Levadii?

Cóż, pamiętam, jak graliśmy z Newcastle i Crveną Zvezdą. Wisła jest na tym samym poziomie co oni.

To znaczy na tak wysokim czy na takim sobie?

Na równie wysokim. Ale nawet gdybym chciał kogoś ściągnąć z Krakowa do Tallina, to nie ściągnę, bo jest kryzys. A gdyby nie kryzys? To dlaczego nie? Z chęcią kupiłbym jakiegoś Polaka.

W razie wyeliminowania Wisły przewidział pan ekstrapremie dla swoich piłkarzy? Albo jakieś przyjęcie na jachcie czy coś w tym rodzaju?

Premia? Koniecznie! Przewidzieliśmy ją. A impreza? Może. Nie lubię wybiegać w przyszłość.