Michał Listkiewicz, prawa ręka właściciela Polonii Warszawa Józefa Wojciechowskiego. Tak można pana tytułować?

Michał Listkiewicz: Niekoniecznie. Tak naprawdę to tylko doradzam panu Wojciechowskiemu, kiedy zwraca się do mnie w jakiejś kwestii. Czasem zaprosi mnie na drinka, więc nie odmawiam, choć dobrze pan wie, że nie przepadam za alkoholem (śmiech).

I nie ma pan ambicji aby zostać prezesem Polonii?

Nie, bo mam dużo pracy w UEFA. I dobrze mi z tym. Ciągle jestem zajęty. Teraz jadę jako Stambułu, potem do Egiptu i jeszcze później w sprawach sędziowskich do Nigerii.

Wszystko się zgadza, ale to pan w imieniu Wojciechowskiego negocjował kontrakt z niedoszłym na razie trenerem warszawskiej drużyny Franciszkiem Smudą. Pomagał pan także przy transferze węgierskiego zawodnika.

Nie negocjowałem, tylko skontaktowałem ich ze sobą. Najbliższym doradcą Wojciechowskiego jest Jerzy Klockowski z Gdyni, były reprezentant Polski w rugby. A za kwestie zawodników odpowiada dyrektor sportowy Polonii Henryk Apostel.

Który nie ma w tej materii żadnego doświadczenia, bo nigdy wcześniej się tym nie zajmował...

I bardzo dobrze. Henio to jest uczciwy człowiek, staroświecki w dobrym tego słowa znaczeniu, doświadczony trener, były wieloletni wiceprezes PZPN. Nie działa w takim stylu jak klasyczni dyrektorzy, którzy mają swoje interesy i ściągają do klubów po dziesięciu zawodników od zaprzyjaźnionych menedżerów bez względu na to, czy nadają się do drużyny, czy nie.

Po meczu we Wronkach, gdzie Polonia wygrała z Lechem Poznań, był pan w szatni zawodników. Mało wpływowych ludzi do szatni raczej się nie wpuszcza...

Przypadkowo wpadłem do Wronek, bo byłem niedaleko na wakacjach. Gratulowałem piłkarzom i powiedziałem im, że grali w w dwunastu przeciwko dziesięciu. W Lechu Peszko dostał czerwoną kartkę, a w Polonii dodatkowym zawodnikiem był trener Grembocki. Sposób, w jaki ustawił drużynę, jakich zmian dokonał, był mistrzowski. I trzeba to sobie uczciwie powiedzieć.

To znaczy, że Grembocki nie zostanie zmieniony przez Smudę?

Nie wiem. Tak naprawdę to w Polonii wszystko zależy od Józefa Wojciechowskiego. Jak wróci ze Stanów Zjednoczonych, to sobie wszystko z Frankiem Smudą ustalą. Wbrew pozorom Wojciechowski nie jest tak szalony, jak się o nim pisze.

Zwolnił Boba Kaczmarka po trzech zwycięstwach i remisie. To nie zwolni Grembockiego po dwóch zwycięstwach i porażce?

Z Bobem to nie chodziło o wyniki, ale także relacje na linii pracownik - pracodawca. Zresztą z tego, co wiem, sprawa znalazła się w sądzie.

Zaangażował się pan w Polonię, działa pan dalej w UEFA. W PZPN jego były prezes został chyba jednak definitywnie odsunięty na boczny tor…

Trochę pomagam w spółce Euro 2012, bywam w siedzibie związku. Ale rzeczywiście to jest działanie na pół gwizdka. Nie ukrywam, że mógłbym robić więcej i ze swoimi kontaktami na pewno bym się przydał. Ale nie zamierzam płakać. Na mistrzostwach świata też kiedyś byłem jako asystent, ale za to także podczas finału Niemcy – Argentyna.

Obserwuje pan rozwijający się dynamicznie konflikt między prezesem Grzegorzem Latą i Zbigniewem Bońkiem?

Kiedyś w dobrych czasach to było tak, że Boniek podał, Lato strzelił i cała Polska była w siódmym niebie. A teraz strzelają obydwaj. Do siebie. Szkoda, bo myślę, że Zibi – zwłaszcza teraz przed mistrzostwami Europy w 2012 r. – bardzo by się przydał. To jest ciągle wielka postać. Na świecie, podobnie jak Latę, wszyscy go rozpoznają. Niebagatelna jest także jego niekłamana zażyłość z szefem UEFA Michelem Platinim. To nie są jakieś przechwałki. Zbyszek jest ojcem chrzestnym dziecka Michela. Lekceważenie Bońka jest zwykłą stratą dla polskiej piłki.

Lato zarzuca Bońkowi machlojki przy sprzedaży Widzewa, Boniek brutalnie ripostuje, posądzając Latę o podejmowanie strategicznych decyzji pod wpływem alkoholu.

Takie polemiki pasują do Janka Tomaszewskiego, który specjalizuje się w nich od lat. Zibi i Grzegorz zachowują się tak jak dzieci w piaskownicy, które posprzeczały się o jakąś zabawkę. Konflikt jest na etapie sypania sobie piaskiem po oczach. Trzeba dzieciaki uspokoić. Obaj są potrzebni polskiej piłce.

Niedawno z PZPN wyciekła informacja, że międzynarodowe centrum nadawcze podczas mistrzostw Euro 2012 będzie usytuowane w Warszawie. To może oznaczać, że Kijów nie będzie gospodarzem finału. Dotychczas podczas Euro takie centrum zawsze znajdowało się w mieście, w którym rozgrywany jest mecz o złoty medal.

Myślę, że akurat z tego powodu nie można wyciągać takich ostatecznych wniosków. Z tego, co wiem, to od początku było wiadomo, że centrum znajdzie się w Polsce. Z prostej przyczyny. My jesteśmy w Unii Europejskiej i pewne procedury będzie łatwiej przeprowadzić w ramach takiej lokalizacji. Ważną kwestią jest też prawdopodobnie lepsza baza hotelowa w Warszawie. Niebawem spotkam się w Kijowie z Hryhorijem Surkisem i prywatnie z nim o tym porozmawiam. Może się tak zdarzyć, że finał zostanie przeniesiony do Warszawy, ale ja wcale nie będę się z tego cieszyć. Może nie zachowam się jak patriota, ale na pewno także nie jak świnia. Będę życzył Surkisowi, żeby żadne miasto ukraińskie nie straciło statusu organizatora na rzecz Polski. Ukraińcy zawsze zachowywali się wobec nas lojalnie i wypada, abyśmy my też trzymali za nich kciuki, a nie liczyli na ich potknięcie.

Jedzie pan na Ukrainę, aby składać życzenia Surkisowi?

Dokładnie. Surkis zaprosił mnie na swoje sześćdziesiąte urodziny. Mówiłem panu, że wciąż jestem zajętym człowiekiem.

Pana byli koledzy w związku już ustalili, że następcą Leo Beenhakkera ma być Stefan Majewski. Popiera pan tę kandydaturę?

Moim zdaniem sprawa rozstrzygnie się między Stefanem a Franciszkiem Smudą. Wiele będzie zależeć od opinii Antoniego Piechniczka. Obaj kandydaci się nadają. Zachowując odpowiednie proporcje, Smuda jest jak Jacek Gmoch, a Majewski jak Kazimierz Górski. Jeden pragmatyk, drugi żywiołowy, polegający na intuicji. Ja już kiedyś jako prezes PZPN chciałem zatrudnić Smudę, ale on pracował w Legii i działacze klubu się nie zgodzili na zerwanie umowy. Myślę, że w jego ewentualnej umowie z Polonią znajdzie się zapis umożliwiający w razie czego pracę z kadrą. Prędzej czy później Smuda będzie trenerem kadry, bo na to zasługuje. Ale Majewski w tym momencie ma takie same szanse.