"Ten werdykt wpisuje się w formułę obowiązującą w naszym kraju, objawiającą się tym, że zamiast podejmowania merytorycznych decyzji szuka się uchybień proceduralnych. Widzew jest obwiniony o to, że jeden z jego działaczy ustawił wyniki dwunastu meczów i ta istota sporu nie została przez trybunał w ogóle rozpatrzona" - komentuje mec. Krzysztof Malinowski, reprezentujący PZPN.

We wtorek Trybunał Arbitrażowy uchylił karę degradacji orzeczoną przez PZPN wobec Widzewa za udział w korupcji i skierował sprawę do ponownego rozpatrzenia przez związkowy wydział dyscypliny. To już drugi werdykt korzystny dla łódzkiego klubu w jego sporze z PZPN. W lipcu 2008 roku trybunał podjął podobną decyzję, ale dwa i pół miesiąca temu Sąd Najwyższy zakwestionował jego werdykt, w przeciwieństwie do organu arbitrażowego uznając, że korupcja w sporcie nie może ulegać przedawnieniu.

Czy trybunał zgodził się z wyrokiem sądu? "Nie tyle się zgodził, co był związany jego postanowieniem. Nie mógł się nie zgodzić" - mówi rzecznik TA Wiktor Cajsel.

Dlaczego więc mimo wszystko organ PKOl wydał niemal identyczną decyzję co rok temu? "Szczegóły będą w pisemnym uzasadnieniu, nie mogę potwierdzić, że chodzi o kwestie proceduralne" - mówi Cajsel. "Pana Cajsela nie było na posiedzeniu, a ja byłem i słyszałem uzasadnienie" - mówi Malinowski. "Trybunał uznał, że protokoły przesłuchań podejrzanych i świadków rozpatrywane przez wydział dyscypliny nie były potwierdzone za zgodność z oryginałem przez prokuraturę. To jest fakt, jednak w toku postępowania odwoławczego w Związkowym Trybunale Piłkarskim ta usterka została naprawiona. Na posiedzeniu 2 kwietnia 2008 roku, kiedy była rozstrzygana ta kwestia na moje pytanie, czy Widzew kwestionuje treść tych dokumentów przedstawiciele klubu odpowiedzieli, że nie. Teraz trybunał uznał, że postępowanie było objęte wadą i trzeba je powtórzyć, mimo że protokoły były prawdziwe" - wyjaśnia prawnik PZPN.

Trybunał uznał też, że ówczesny kurator Marcin Wojcieszak w niewłaściwy sposób powołał skład wydziału dyscypliny, więc organ ten nie był uprawniony do wydawania decyzji w sprawie Widzewa. "Chodzi o to, że warunkiem powołania do tego organu jest załącznik w postaci zobowiązania do zachowania poufności. Tych dokumentów po działaniu kuratora w siedzibie związku nie było. Okazało się, że rzeczywiście ich nie było, bo fizycznie być nie mogło. Wczoraj o 11.45 do PZPN wpłynęła przesyłka od Michała Tomczaka z tymi dokumentami, podpisanymi przez wszystkich członków WD z informacją, że były wykorzystywane przez policję w toku postępowania w sprawie fałszowania dokumentów, skierowanego przeciw WD przez Widzew. Podczas wtorkowego posiedzenia trybunału przedstawiciele klubu uchylili się od odpowiedzi na pytanie w tej sprawie" - zdradza Malinowski.

"Postępowanie WD w sprawie Widzewa jest zatem wolne od uchybień formalnych, problem polega jednak na tym, że wyrok trybunału jest ostateczny. Z tego powodu, że decyzja zwraca sprawę do WD, nie przysługuje nam skarga do sądu administracyjnego. Z naszego punktu widzenia jest to najgorsza decyzja" - zaznacza Malinowski.

Sprawa budzi kontrowersje także z innego powodu. Od początku wiadomo było, że ponowne skierowanie sprawy do trybunału może oznaczać ogromny chaos w rozgrywkach piłkarskich, jednak wbrew apelowi PZPN o jak najszybsze rozpatrzenie sprawy wyrok zapadł dopiero po jedenastu tygodniach.

"Skoro nie nastąpiło to wcześniej, to znaczy, że nie było to możliwe. Do 11 lipca czekaliśmy na pisemne uzasadnienie z Sądu Najwyższego. Sprawę rozpatrywał inny niż rok temu skład orzekający, więc sędziowie musieli zapoznać się z aktami" - argumentuje Cajsel.

Mogło jednak chodzić o coś zupełnie innego. "1 lipca weszła w życie uchwała PZPN, w myśl której nie można już karać za korupcję degradacją" - powiedział nam anonimowo człowiek związany z PZPN, sugerując, że trybunał arbitrażowy poszedł na rękę Widzewowi. "Tak to, niestety, odbieram. W przeszłości Górnik Łęczna odwoływał się w sprawie bliźniaczo podobnej i zarówno trybunał, jak i sąd oddaliły jego apelację. Dlaczego teraz było inaczej?" - pyta nasz informator.

Jan Tomaszewski, dla którego wina Widzewa nie podlega dyskusji, w jednym z portali zaapelował do ministra sportu Mirosława Drzewieckiego o to, by rozpędził całe towarzystwo z PZPN na cztery wiatry, właśnie związek obarczając winą za zaistniały bałagan. "Nie komentuję tego. Jako kibic wiem, że to jest kłopot, to jest przykre. Wiadomo, że musimy to raz na zawsze wyczyścić, ale jako minister sportu muszę działać zgodnie z prawem i respektować decyzje niezależnych organów. Sam jestem ciekaw, jak ta sprawa się rozstrzygnie" -powiedział nam minister Drzewiecki.