W niedzielę w wygranym spotkaniu z Rangersami Szamotulski nie zagrał, bo pauzował z powodu dwóch żółtych kartek, które obejrzał w meczu z Hearts. "Jak pokazały powtórki, żadna z tych kartek mi się nie należała. Tym bardziej byłem wkurzony, że nie mogę wystąpić przeciwko takiemu rywalowi. Na szczęście koledzy poprawili mi humor. Aż miło było patrzeć, jak się prezentowali" - opowiada.

"Mecz był o 14. Jak o 13.10 wszedłem do szatni, to grała muzyka, a chłopaki jedli delicje. W Polsce to nie do pomyśleniu - u nas trenerzy koszarują cię od środy i mówią <skup się, skup się>. A przecież jak jesteś słaby, to żadne skupienie nie pomoże. Nie umiesz i już" - mówi "Szamo". "No i mnie się wreszcie nikt nie czepia, że jestem wesoły. W Polsce nie możesz się roześmiać na treningu, bo powiedzą, że wszystko sobie olewasz. A tutaj atmosfera jest świetna. Fajnie jest przed meczami, a jeszcze fajniej po, bo wygrywamy" - dodaje.

Rzeczywiście, Szamotulski ma powody do radości - rozegrał w tym sezonie dziesięć spotkań ligowych i w siedmiu z nich zachował czyste konto! Pobił między innymi rekord założonego w 1909 roku klubu, pod względem najmniejszej liczby puszczonych goli w pierwszych kolejkach. Regularnie trafia też do jedenastek tygodnia w różnych gazetach. Kibice nadali mu pseudonim "Mad Monk", czyli "Szalony Mnich" - na wzór bramkarza z telewizyjnej produkcji. Wydrukowano koszulki i znaczki z jego podobizną oraz tekstem "Nie zadzieraj z Mnichem".

Dziennikarz "Scotland on Sunday" napisał ostatnio, że Polak "otoczony jest czymś w rodzaju kultu". "Jak poszedłem do sauny, przyglądał mi się pewien staruszek. Trochę dziwnie się czułem, bo gapił się i gapił. Podobam mu się czy co? Speszony postanowiłem wyjść, a on wtedy spytał: <Przepraszam, pan jest bramkarzem, prawda>? Przytaknąłem. On na to: <Jest pan najlepszym bramkarzem, jakiego w życiu widziałem>" - opowiada Szamotulski ze śmiechem.

"Nie oszukujmy się, dobrze mi idzie" - kontynuuje "Szamo". "Przyjeżdżałem tu znienacka, bo przecież nie miałem klubu. Ani ja nie wiedziałem czego się spodziewać, ani klub nie wiedział, kim tak naprawdę jestem. Wiosnę spędziłem w rezerwach Sturmu Graz, bo nie chciałem przedłużyć kontraktu. Grałem gdzieś na pastwiskach albo między blokami. Ludzie wyzywali mnie z balkonów. Potem trenowałem sam, w Nadarzynie. Wielu myślało, że już po mnie. A tu nagle telefon - zagraj w sparingu z Barceloną. No to zagrałem. Potem przyszła liga i okazało się, że wcale nie taki skończony ten Szamotulski. Kilka interwencji miałem takich, że sam byłem zaskoczony" - opowiada Szamotulski.

31-letni bramkarz kontrakt podpisał do końca roku. Od początku liczył, że te sześć miesięcy w Szkocji pozwoli się wypromować i podpisać lepszą, bardziej lukratywną umowę. Wiadomo, że już znalazł się pod obserwacją kilku brytyjskich klubów, a zainteresowania nim w ogóle nie kryją działacze bogatego Hearts. "Dundee chce, żebym został. Koledzy z zespołu mnie do tego namawiają, trener też. Nic tak naprawdę nie jest jeszcze przesądzone, wszystko zależy od ofert, jakie napłyną do mojego menedżera" - mówi DZIENNIKOWI.

Po chwili z typowym dla siebie dowcipem podsumowuje: "Na razie ja zarabiam tu tyle co na śrubki, ale są w Szkocji polscy piłkarze, którzy zarabiają tylko na nakrętki oraz tacy, co na smar. To dla mnie ostatni gwizdek, żeby zaistnieć. Albo teraz pójdę w górę, albo zostanie liga Burkina Faso" - podsumowuje bramkarz.