Problemy działaczy federacji RPA zaczęły się od zatrudnienia słynnego Carlosa Alberto Parreiry na stanowisku selekcjonera reprezentacji narodowej. Tak naprawdę trudno to było nazwać "zatrudnieniem", bo działacze nie załatwili wszystkich formalności związanych z pracą obcokrajowca. Efekt był tego taki, że przez jakiś czas Parreira pracował na czarno. Brazylijski szkoleniowiec oczywiście przyjął wszystko z uśmiechem. W końcu co innego miał zrobić? Zaoferowano mu pensję w wysokości 253 tys. dolarów miesięcznie! Przypomnijmy: w RPA połowa ludności żyje poniżej progu ubóstwa.

Tak więc rozanielony Parreira zakasał rękawy i poszedł pracować do swojego biura w Soweto. Spotkała go tam kolejna niespodzianka - brak prądu. "To nasze stare biuro. Właśnie trwają tam prace renowacyjne" - tłumaczył się prezes federacji RPA Raymond Hack. Parreira nie przejął się zbytnio i tą wpadką. W końcu od selekcjonera nie wymaga się siedzenia za biurkiem, tylko właściwego doboru piłkarzy. Na mecz z Czadem powołał obrońcę Karlsruhe Bradleya Carnella. Faks do klubu został wysłany, Niemcy zgodzili się na wyjazd swojego piłkarza do dalekiej Afryki. Wszystko poszło gładko i humory dopisywały, aż do czasu, gdy okazało się, że Bradley z Czadem zagrać nie może, bo... jest zawieszony za kartki.

Problemem RPA są nie tylko niezbyt profesjonalni działacze. Od czasu mundialu w Chile w 1962 roku nie było jeszcze tak biednego gospodarza mistrzostw świata. Jeśli Afrykańczycy chcą uniknąć kompromitacji, muszą całkowicie przebudować swój kraj. I nie chodzi tu tylko o rzeczy wielkie, jak autostrady, lotniska, hotele, czy stadiony, ale i mniejsze. Jak chociażby kable telewizyjne. FIFA chce, aby transmisje meczów na mundialu były w technologii High Definition. "RPA ma nie tylko infrastrukturę telewizyjną sprzed 30 lat, ale i inżynierów telewizyjnych, którzy są zbyt starzy, aby zrozumieć co to w ogóle jest High Definition" - powiedział Colin Hickling, prezes Sentechu, państwowej firmy telekomunikacyjnej.

RPA spodziewa się najazdu w 2010 roku 350 tys. kibiców. To kilka razy mniej niż było na mundialu w Niemczech, ale i tak 10 razy więcej, niż przyjechało do RPA na Puchar Świata w rugby 1995 i w krykiecie 2003 roku. Podobno FIFA, w przypadku gdy Afrykańczycy będą dawać sygnały, że nie podołają wyzwaniu, zaoferuje mundial w 2010 roku Australii bądź Brazylii. Oficjalnie prezydent międzynarodowej federacji Sepp Blatter temu zaprzecza, mówiąc, że Plan A to RPA, i że są jeszcze Plany B i C - także RPA.

Jednak w tym kraju ludzi nadal wozi się starymi furgonetkami, a nie nowoczesnymi autokarami, czy pociągami. Stadiony - choć trudno w to uwierzyć - są gorsze niż w Polsce, a policjanci są albo zastraszeni, albo przemęczeni, albo przekupieni. No i jest ich o kilkanaście tysięcy za mało - jak wyliczył tamtejszy rząd. W RPA dziennie w wyniku morderstw ginie średnio 50 osób. Jeśli te statystyki się nie zmienią - Blatter zmieni zdanie.

Afrykańskich działaczy i Parreirę czeka więc trudno zadanie. Zdaniem Rogera de Sa, byłego bramkarza reprezentacji RPA, ekstremalnie trudne: "To tak jakby dać Fernando Alonso, albo Michaelowi Schumacherowi jakiegoś rzęcha i powiedzieć: <Ścigaj się!>. Przegrywa się już na starcie..." - powiedział obrazowo. My możemy się pocieszać, że mamy jeszcze pięć lat, a nie trzy. I że kable telewizyjne mamy ok.