"Jeździłem na mecze Górnika, bo to mój klub. Grałem tam osiem lat i wspominam go wspaniale. Jeździliśmy na wyjazdy. Byłem w bojówce, która zawsze szła na pierwszy ogień. Za grzeczni nie byliśmy i rozrabialiśmy. Po tym, co przeżyłem, szanuję fanów, którzy jeżdżą za drużyną. Oddają krew za klub, a niektórzy przypłacają to życiem. To prawdziwi kibice" - mówi "Faktowi" wyglądający jak gladiator zawodnik.

W życiu też nie miał łatwo. Musiał na ulicy walczyć o szacunek. Nie tylko swój, ale i brata Dariusza. "W Sośnicy trzeba było sobie radzić. Tam nie było przebacz. Mój starszy brat właśnie w takich wewnętrznych bójkach ulicznych nie dawał sobie za bardzo rady. Dlatego ja musiałem bić się za niego. Był ze mnie łobuziak. Ale był, bo od dziesięciu lat nikomu nawet "liścia" nie sprzedałem" - śmieje się Wiśniewski.

Ale na boisku trudno znaleźć rywala, który chciałby z nim stoczyć pojedynek. Ostatnio takim odważnym był Mariusz Ujek, z GKS Bełchatów. Uderzeniami łokciami w walce powietrznej wykańczał rywali. Ale, gdy zajął się nim "Wiśnia", musiał Ujka opatrywać lekarz. Teraz kibice w Krakowie szykują się na pojedynek zawodnika Pasów z "Żubrem z Podlasia", a więc Radosławem Sobolewskim z Wisły Kraków. "Wiśnia" przed nikim nie pęka i nikogo się nie przestraszy. Nie będzie spokojnie i na pewno usłyszycie trzeszczenie kości. Nie ma pękania przed Wisłą" - zapowiada Jacek.

Teraz jednak czeka go walka z jego Górnikiem. "To, co pokazaliśmy w Łodzi przeciwko ŁKS, to była katastrofa, może z wyjątkiem Pawła Nowaka. Musimy się nauczyć wygrywać, a później ten automat załapie i będzie tak cały czas. Najlepiej zacząć od dzisiaj" - opowiada Jacek Wiśniewski.