Kretkowski został znokautowany w 64. minucie sobotniego spotkania. Trafił do szpitala w Wodzisławiu, ale po kilkudziesięciu minutach wrócił na stadion. Chciał jechać z zespołem do Płocka. Spieszył się, bo dzień wcześniej w Inowrocławiu urodził się jego synek Aleks. Zawodnik był przy porodzie, dziecko widział przez godzinę.

"Przeraziliśmy się, kiedy zobaczyliśmy Krzysia. Miał zmasakrowaną twarz i nie wiedział, co mówi. Kazaliśmy mu wracać do szpitala" - opowiada "Faktowi" napastnik Wisły Sławomir Peszko.

W Płocku wciąż nie mogą się otrząsnąć po tym dramatycznym wydarzeniu. "Jesteśmy zszokowani. Początkowo przypuszczałem, że piłkarze zderzyli się głowami. Dopiero w poniedziałek <Krecik> powiedział mi, że dostał łokciem, choć niewiele z tego pamięta" - mówi rzecznik prasowy Wisły Maciej Wiącek. "Uważnie przeanalizujemy całe zejście na wideo. Jeśli Szary zrobił to celowo, prawdopodobnie skierujemy sprawę do prokuratury" - grozi Wiącek.

Lekarze musieli się sporo napracować, żeby poskładać Kretkowskiemu połamane kości twarzy. "Rozmawiałem z <Krecikiem> przed operacją. Wciąż nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Najbardziej chce teraz zobaczyć Aleksa, choć nie wiadomo, kiedy będzie mógł. W środowym meczu Pucharu Polski z Koroną Kielce zagramy dla Krzysia" - deklaruje Peszko.