"W podróży powrotnej z Londynu, nie dość, że mieliśmy niewesołe miny po porażce z Chelsea, to jeszcze siedzieliśmy przerażeni z powodu awarii w samolocie. Już w tamtą stronę, przez pierwsze 10 minut lotu, słychać było dziwny stukot. Wystąpiły chyba jakieś problemy z podwoziem" - wyjaśnia nasz bramkarz na stronie www.jerzydudek.eu.

"Pięć minut po starcie samolot zaczął głośniej wyć. Po chwili nastąpił mały wybuch w przedniej części maszyny i ciśnienie w kabinie obniżyło się. Do spięcia doszło akurat w momencie, gdy stewardessy serwowały nam ciepłe posiłki" - dodaje Dudek. I przyznaje, że zarówno on, jak i pozostali zawodnicy "The Reds" byli całym zamieszaniem mocno przerażeni.

"Pomyślałem sobie, że na tyle razy, ile latałem samolotem, to w końcu musiało się przydarzyć.Okazało się, że doszło do awarii klimatyzacji. Dlatego odczuwalna była zmiana ciśnienia i często zatykało nam uszy. Myślałem, że będziemy awaryjnie lądować, ale bezpiecznie dolecieliśmy do Liverpoolu" - kończy Dudek.