Allan Clarke, dziś mocno zmęczony życiem starszy pan, oprowadza mnie po Elland Road, stadionie Leeds United. Wygłasza regułki, które zna na pamięć: kiedy założono klub, kiedy zbudowano trybunę, sprzedaje też kilka anegdotek z boiska. "A Jana Tomaszewskiego pan pamiętam?" - pytam. "Proszę mnie już nie dobijać" -odpowiada z wymuszonym uśmiechem.

Przed laty był najlepszym angielskim napastnikiem. To on strzelił Polsce gola w pamiętnym meczu na Wembley, zakończonym wynikiem 1:1. O jednego za mało, by Anglia mogła wziąć udział w finałach mistrzostw świata. 1973 to był w ogóle fatalny rok dla Clarke?a. Zagrał na tym stadionie drugi raz, w finale Pucharu Anglii, przegranym z Sunderlandem 0:1.

"Ale zapewniam pana, że mimo wszystko przyjemniej było schodzić z boiska po wielkim meczu, choćby przegranym, niż dziś patrzeć na grę tego zespołu ? mówi. Ma jedną z najbardziej niewdzięcznych robót na świecie. Leeds, któremu poświęcił prawie całą karierę i dla którego strzelił ponad 100 goli (w latach 80. był nawet trenerem tego zespołu) dziś dogorywa.

Klub, nie tak dawny mistrz Anglii i półfinalista Ligi Mistrzów, właśnie spadł do trzeciej ligi. A Clarke ma za zadanie opowiadać ludziom, że Elland Road to jednak najwspanialsze miejsce pod słońcem. Że magia Leeds sprawi, że "Pawie" nigdy nie padną. Wmawia to dziesięcioletnim chłopcom i poważnym biznesmenom, kibicom i sponsorom. I prawie nikt już mu nie wierzy...

Od początku lat 1990 tylko sześć drużyn w Anglii zdobyło mistrzostwo - oprócz gigantów Manchesteru United, Chelsea, Arsenalu i Liverpoolu także Blackburn i właśnie Leeds. Coś skończyło się w 2004 roku, kiedy klub spadł z Premiership. W poprzednim sezonie był nawet bliski powrotu do najwyższej klasy rozgrywkowej, ale przegrał baraże. Ku rozpaczy fanów, którzy złożyli ponad 250 tysięcy zamówień na bilety.

Trzeba wiedzieć, że Leeds to jeden z niewielu klubów na świecie, które mają fan-cluby na wszystkich kontynentach. Kiedy swego czasu piłkarze nagrali piosenkę zaczynającą się od mało oryginalnych i trudnych do zniesienia przez fanów innych zespołów słów: "Leeds, Leeds, Leeds", to wspięła się ona na dziesiąte miejsce listy przebojów. A przecież muzyczny rynek angielski trudny jest do zdobycia, zwłaszcza w czasach świetności Beatlesów...

Mecz, na którym jestem, "Pawie" przegrywają 0:3. Nie pierwszy raz i nie ostatni, więc niewzruszeni fani - w sile ponad trzydziestu tysięcy - śpiewają: "We are Leeds, we are proud" ("Jesteśmy Leeds, jesteśmy dumni").

Robią taki jazgot, jakby ich zespół właśnie sięgał po jakieś trofeum. Nie bez powodu Alex Ferguson powiedział kiedyś, że właśnie na Elland Road panuje najlepsza w Anglii atmosfera. Tylko czy kibice tak samo dumni będą w trzeciej lidze?

Tegoroczne rozgrywki, zakończone przed tygodniem, były pasmem upokorzeń. Budowano zespół, który miał wrócić do Premiership już bez konieczności gry w barażach, a tymczasem zamiast wygrywać najpierw miał zadyszkę, potem wpadł w dołek, a następnie pogrążył się w gigantycznym kryzysie. I nic nie pomogło, zupełnie jakby nad klubem ciążyła klątwa.

Nawet gdy ściągnięto posiłki z Chelsea, to na nic. Kupiono Tore Andre Flo i na dzień dobry złamał nogę. David Healy, jak dotychczas lider strzelców eliminacji mistrzostw Europy 2008, był cieniem samego siebie. Efekt taki, że na dwadzieścia cztery zespoły Leeds zajęło dokładnie dwudzieste czwarte miejsce. Za takimi słabeuszami jak Hull, Southend, Luton czy Plymouth (ta drużyna zdobyła... trzydzieści jeden punktów więcej niż "Pawie").

"Jak coś się może spieprzyć, to w Leeds się spieprzy na pewno" - mówi jeden kibiców, jakby cytował prawa Murphy'ego. Przypomina, jak kiedyś ten klub zmierzał po "treble", czyli mistrzostwo Anglii, Puchar Anglii i Puchar Europy. W ostatniej chwili przegrał wszystkie te rozgrywki, w wyjątkowo pechowych okolicznościach (np. niewykorzystany rzut karny). "Ale czegoś takiego jeszcze nie widziałem" - kręci głową.

Sztab trenersko-menedżerski też osłupiał. Trener zespołu Dennis Wise niegdyś należał do najbardziej zwariowanych i najbrutalniejszych zawodników w Premiership. Teraz co tydzień był karany grzywnami za krytykowanie sędziów. Jego asystent Gustavo Poyet - równie znany przed laty piłkarz - przez większość sezonu musiał przede wszystkim uspokajać szefa.

Na trybunach resztki włosów rwał sobie z głowy Gwyn Williams, przed ponad dwadzieścia lat dyrektor w Chelsea, który między innymi odkrył Johna Terry'ego. A niedawny właściciel Chelsea, Ken Bates, zastanawiał się, co go podkusiło, by inwestować w ten klub. Przecież mógł siedzieć na swoim jachcie w Monte Carlo, gdzie zresztą miała się odbyć impreza z okazji awansu do Premiership. Impreza odwołana, bo zamiast wesela mieliśmy stypę...

Jak w taki sposób mógł skończyć klub, w którym nie tak dawno grali tacy piłkarze jak Rio Ferdinand, Jonathan Woodgate, Mark Viduka, Harry Kewell, Allan Smith czy Robbie Fowler? Przecież na sprzedaży zawodników w ostatnich latach zarobiono gigantyczne pieniądze, ponad sto milionów euro! Jakim cudem "Pawie" - tak w Anglii popularne - zbankrutowały? To jedna z największych zagadek współczesnego futbolu...