"Leo, ratuj" - taki telefon przed kilkoma dniami odebrał selekcjoner reprezentacji Polski od prezesa Feyenoordu Joriena van den Herika. Beenhakker nie wahał się długo, tylko spakował walizkę i w poniedziałek ruszył na pomoc swojemu ukochanemu klubowi. Już poprowadził kilka treningów z piłkarzami - informuje "Fakt".

Jego misja w Rotterdamie potrwa dwa tygodnie. Leo musi tylko wygrać baraże o miejsce w Pucharze UEFA i będzie mógł ze spokojnym sercem wrócić do pracy z kadrą Polski. Najpierw Feyenoord musi pokonać w dwumeczu FC Groningen. Pierwszy mecz już dzisiaj, rewanż 13 maja. Potem w finale fazy play-off zmierzy się ze zwycięzcą pary FC Utrecht-Roda Kerkrade.

"Zawsze wracam do Feyenoordu z wielką radością. Największym problemem w tej chwili jest czas, a właściwie jego brak. Ale gdybym nie wierzył, że może nam się udać, to nie byłoby mnie tutaj teraz" - wlał na początek otuchę w serca fanów z Rotterdamu selekcjoner reprezentacji Polski.

Beenhakker nie ma jednak zamiaru łączyć obu funkcji dłużej niż przez dwa tygodnie. "Bez względu na wszystko, po tym czasie wracam do Polski, bo tam jest w tej chwili moje miejsce. Nie przyjechałem do Feyenoordu ani dla pieniędzy, ani dla sławy. Zgodziłem się pomóc tej drużynie, bo tak podpowiedziało mi serce" - mówi Beenhakker, który - jako trener zespołu z Rotterdamu - w 1999 roku zdobył z nim mistrzostwo Holandii.