Trudno się do pana dodzwonić. Widać zmieniło się życie po strzeleniu setnej bramki...
Oj, zmieniło, zmieniło. Wszystkie media dziś się ze mną kontaktowały. Było to i miłe, i męczące. Nie mam pięciu minut dla siebie.

To warto było strzelać tego setnego gola?
Taki zawód! Dla mnie, jako napastnika, nie ma nic piękniejszego niż strzelanie goli. No i poczułem też ulgę, że wreszcie wszedłem do tego klubu zdobywców stu bramek. Przecież presja z godziny na godziny wzrastała. Jak jeszcze na początku meczu z Widzewem nie wykorzystałem dwóch znakomitych okazji, to pomyślałem, że jakieś fatum nade mną ciąży. Na szczęście później trafiłem i te wszystkie nerwy odpłynęły...

Trudno się denerwować, gdy wygrywa się 6:1 i przechodzi do historii.
Scenariusz był wymarzony. Wspaniała atmosfera, dwadzieścia tysięcy ludzi. Nawet kibice Widzewa pożegnali mnie oklaskami. Od klubu dostałem... chłodziarko-zamrażarkę, a w niej sto szampanów.

Czyli może zaszumieć w głowie.
Racja, chociaż jak najwięcej szampanów starałem się rozdać. Tego dnia wszyscy fajnie się bawili, nie tylko ja. Nawet kibicom Widzewa dałem szampana.

Kto przygotował koszulkę z napisem "100 goli Reissa”?
Poprosiłem kolegę z klubu, aby zamówił dwie takie koszulki. Jedną z nich przekazałem organizatorom akcji "Niebiescy dzieciom”, która odbędzie się z okazji dnia dziecka. Ktoś może mieć fajną pamiątkę.

Wkrótce pewnie będzie pan musiał zamówić kolejny napis: "Reiss królem strzelców”.
Cóż, wytworzyła się taka sytuacja, że mam olbrzymią szansę na ten tytuł. To byłoby spełnienie jednego z dwóch wielkich piłkarski marzeń. Zawsze strzelałem powyżej dziesięciu bramek w sezonie, ale nigdy tyle, bym został królem strzelców. Nie byłem lisem pola karnego. W tym roku zrobiłem sporo, aby ten tytuł trafił do mnie. Od początku sezonu grałem dobrze, jak nie zdobywałem bramek, to zaliczałem asysty. Byłem regularny. A drugie marzenie to oczywiście mistrzostwo Polski z Lechem... Wiadomo, w tym sezonie po tytuł nie sięgniemy, ale za rok - kto wie. Przecież gdybyśmy głupio nie potracili punktów na skutek gapiostwa, braku konsekwencji, to dziś walczylibyśmy o wysokie cele.

Wierzy pan w to, że następny sezon będzie należał do Lecha?
Na pewno się wzmocnimy. Zimą odszedł od nas Marcin Wasilewski, co znacznie osłabiło naszą siłę ofensywną. Poza tym po Bełchatowie czy Zagłębiu widać, jak ważna jest stabilizacja. Dla nas ten sezon był początkiem budowania solidnego klubu. Każdy kolejny powinien być lepszy.

A co z panem?
Najpierw liczono, ile bramek brakuje mi do setki. Czternaście, siedem, cztery... I pytano, kiedy padnie ta setna. Jak już padła, to ludzie zastanawiają się, na ilu bramkach skończę? I jak długo będę jeszcze grał? No cóż, wiadomo, że jestem blisko końca kariery, ale mam jeszcze kontrakt ważny przez następny sezon. Na razie czuję się dobrze, wcale nie gorzej niż pięć lat temu. Może to zasługa diety? W tym sezonie, mimo że czasami coś tam pobolewało, ominąłem ledwie dwa mecze... Dlatego nie skończę z piłką pochopnie. To będzie decyzja bardzo mocno przemyślana.

Ma pan jeszcze motywację?
Zabiją mnie tylko okresy przygotowawcze w zimie. Nienawidzę tych hal, biegania po śniegu. To mnie przeraża. Ale być może ma to ten plus, że człowiek zaczyna tęsknić za futbolem, czuje głód piłki. I gdy zaczyna się runda, motywacji nie brakuje. Poza tym po sobie widzę, że z roku na rok mam... coraz większą motywację. Poznań nakręca każdego piłkarza. To miasto wymusza bezgraniczne zaangażowanie.

Z czego w całej karierze jest pan najbardziej dumny?
Że te sto jeden bramek w polskiej lidze zdobyłem dla jednego, ukochanego klubu. Przecież ja za Lechem zjeździłem pół Polski jako kibic z szalikiem na szyi, w czasach gdy policja z dworca na stadion ganiała fanów jak bydło. Czasami się od kogoś dostało, czasami nie. Teraz, jak by nie patrzeć, przeszedłem do historii. Historii polskiej piłki, ale przede wszystkim historii Lecha.

Skończy pan jak Artur Boruc, na płocie, zarządzając dopingiem kibiców?
Mam nadzieję, że z jego strony było to działanie spontaniczne, a nie marketingowe...

Na pewno sto razy już opowiadał pan o tych stu bramkach, mówił o najładniejszej. Ja zapytam o... najbrzydszą.
To chyba była bramka numer dwa w lidze, przeciwko Warcie Poznań. Z metra do pustej bramki. Teraz, w meczu z Widzewem, też miałem taką okazję i przestrzeliłem. Od razu mi się ta Warta przypomniała. Gdy wreszcie przyładowałem z rzutu wolnego, od poprzeczki, to pomyślałem – widocznie tak miało być! Widocznie bramka numer sto miała być piękna.