Garuchowi szansę dał nowy trener Miedzianki Janusz Kubot. Marcin wystąpił przez ostatni kwadrans meczu z Unią Janikowo, a w następnym - z Lechią Gdańsk -wyszedł już w podstawowym składzie. Kibice, widząc go na rozgrzewce, nie wierzyli własnym oczom. Ale później, gdy Garuch walczył jak równy z równym z wyższymi od siebie o dwie głowy przeciwnikami, docenili jego grę. Kiedy opuszczał boisko po 65 minutach, żegnała go owacja na stojąco.

"Chłopak pokazał serce do walki i okazał się nieprzyjemnym rywalem. Wszędzie go było pełno i naprawdę ciężko się grało przeciwko niemu. Choć głową sięgał mi do bioder i parę razy odbił się... domyślcie się, od czego" - mówił po meczu z Miedzią pomocnik Lechii, Sławomir Wojciechowski.

"Zawsze byłem niskiego wzrostu, co chyba odziedziczyłem po mamie" - mówi wychowanek Cichej Wody Tyniec Legnicki. "Nie rosłem, chodziłem do lekarzy, ale oni uważali, że wszystko jest w porządku. Tak wyszło z badań wieku kostnego. Na kurację hormonalną się nie kwalifikowałem. Nie przejmuję się jednak tym, że jestem mały. Przyzwyczaiłem się do tego, a w grze niski wzrost raczej mi nie przeszkadza. U bocznych pomocników przede wszystkim liczy się szybkość i technika.
Tych cech akurat Garuchowi nie brakuje. Gorzej - ze zrozumiałych względów - z umiejętnością gry głową.

"Nie jest aż tak źle. W juniorach strzeliłem kilka goli z główki" - podkreśla. "Debiut w drugiej lidze był moim marzeniem, ale... chciałbym kiedyś występować w ekstraklasie. Najlepiej w Bełchatowie, którego gra najbardziej mi się podoba" - opowiada "Faktowi" Marcin Garuch.