Przez ponad godzinę wydawało się, że goście mają szansę osiągnięcia tego celu. A potem, gdy okazało się, że Zagłębie jednak wygrało w Warszawie, był tylko płacz z rozpaczy i bezsilności. Załamani bełchatowianie padli na boisku, ukrywając twarze w dłoniach. Młodsi zawodnicy płakali, doświadczony trener Orest Lenczyk długo nie wstawał ze swojej ławki.

Przez ostatnie minuty, po zdobyciu przez Dawida Nowaka drugiego gola, sam mecz interesował wszystkich mniej niż doniesienia z Warszawy. Prezes Jerzy Ożóg niemal nie odrywał telefonu od ucha, z nadzieją patrzyli na niego zawodnicy, którzy znaleźli się poza meczową kadrą, ale zostali zabrani samolotem na ostatni mecz sezonu. Tuż przed końcem meczu ponad pół tysiąca kibiców z Bełchatowa zakrzyknęło z radości. Za moment spiker poinformował jednak, że bramka w Warszawie nie została uznana.

"Mam masę smsów od znajomych. Wszyscy piszą, że ten nieuznany gol przy Łazienkowskiej by czysty jak łza" - opowiadał zdenerwowany prezes Ożóg. Gdy pokazywał komórkę było widać, jak trzęsą mu się ręce. O mecz w Szczecinie nikt nawet nie pytał, on sam też nie powiedział na jego temat ani słowa. Po wtorkowej porażce na własnym boisku z Wisłą Kraków, klucz do mistrzowskiego tytułu leżał dla bełchatowian przy Łazienkowskiej w Warszawie.

"Przegraliśmy dwa ważne spotkania w końcówce rozgrywek i straciliśmy ogromną szansę, być może jedyną w życiu. Taka okazja, by zostać mistrzem Polski, wielu z nas może się już nie przytrafić. Wierzyliśmy, że Legia pokona Zagłębie, bo nie jest to zespół, którego nie można ograć. Niestety, lubinianie zwyciężyli" - mówił załamany Jacek Popek.

Piotr Lech nawet nie chciał sie wypowiadać, gdy wściekły schodził do szatni. "Już jakiś czas temu powiedziałem, co myślę i nie będę się powtarzał. Miałem rację" - stwierdził tylko, nawiązując do swojej wcześniejszej wypowiedzi, że nie wierzy w korzystny dla BOT GKS wynik w Warszawie.

Dla Popka i 39-letniego Lecha okazja, by zostać mistrzem kraju, pewnie się już nie powtórzy. Większe nadzieje na to, że kiedyś założą złote medale mogą mieć tacy zawodnicy, jak Rafał Boguski czy Dawid Nowak. Ich łzy były jednak po spotkaniu najbardziej rzęsiste.


Bełchatowianie byli zdecydowanym faworytem meczu w Szczecinie, ale wyszli na boisko bardzo usztywnieni, jakby sparaliżowani, chociaż rywale są przecież najsłabszym zespołem ekstraklasy. Uspokoił ich dopiero gol Boguskiego, który trafił głową po dośrodkowaniu Łukasza Garguły - znów grającego z kontuzją, na własną prośbę.

"Zacisnąłem zęby i wyszedłem na boisko z resztkami sił. Teraz czas się wyleczyć i odpocząć, a potem optymistycznie podejść do pucharów. Szkoda straconej szansy, jestem bardzo rozczarowany. Był moment, że już się cieszyliśmy, gdy usłyszeliśmy wybuch radości kibiców. Skupialiśmy się na meczu w Szczecinie, ale wierzyliśmy w Legię. I w to, że tytuł nam się należy. Moim zdaniem naszą grą zasłużyliśmy na mistrzostwo" - trochę chaotycznie mówił zaraz po meczu Łukasz Garguła. W tle słychać było skandowanie kibiców BOT GKS: - Dla nas jesteście mistrzami. Marna to jednak była pociecha.

"Stres jest ogromny, wolałbym grać. Takich emocji jeszcze nie przeżywałem" - mówił nam kapitan drużyny Edward Cecot, pauzujący w sobotę za żółte kartki. Trochę odetchnął dopiero, gdy Nowak podwyższył na 2:0, wykorzystując sytuację sam na sam i fakt, że gdzieś na trybunach rozległ się gwizdek. Napastnik BOT GKS pamiętał, że w pierwszej połowie na taki sam kiepski żart kibica nabrał się Boguski, więc sam nie zawahał się nawet przez moment, strzelając w długi róg. Wtedy było już wiadomo, że Pogoń przegra kolejny mecz, choć wcale nie grała tego dnia źle.

"Pożegnajcie się z honorem" - krzyczeli do swoich zawodników kibice i ci starali się spełnić ich prośbę, choć wiedzieli, że większość z nich już w szczecińskim zespole nie zagra, jeśli ten w ogóle będzie jeszcze istniał w nowych rozgrywkach.

"Franek Smuda nazwał kiedyś Pogoń PGR-em. Jest jeszcze gorzej, tym bardziej, że klubem rządzi kanalia. Prezes Miedziak zrobił z nas karykaturę drużyny i klubu. Staliśmy się pośmiewiskiem, żegnamy się z ligą w sposób haniebny. Przepraszam wszystkich za tę rundę i za to, że prezes często kazał wstawiać do składu gorszego Brazylijczyka zamiast lepszego Polaka" - mówił po meczu trener Bogusław Baniak, który wraz z Radosławem Majdanem i Julcimarem raz jeszcze opowiedział wszystkim na specjalnej po meczowej konferencji, co dzieje się w szczecińskim klubem, nazywając metody swoich szefów "ubeckimi”.

Wszyscy zawodnicy Pogoni wyszli zresztą na boisko w koszulkach z napisem „Miedziak grabarzem Pogoni”, a kibice zamiast dopingować swój zespół, wyzywali Antoniego Ptaka i prezesa Miedziaka. Po meczu pretensje do obu panów mieli też piłkarze - okazało się, że brakuje pieniędzy na benzynę do autokaru i szczecinianie mogą mieć problem z powrotem do Gutowa, gdzie są skoszarowani. Brazylijczycy muszą tam jeszcze mieszkać do 30 maja, gdy odlecą do ojczyzny. "Antoni Ptak musi teraz zareagować. Moim zdaniem zwolni w poniedziałek Miedziaka, by choć trochę oczyścić atmosferę" - komentował jeden z działaczy.


Kłopoty gospodarzy nie interesowały załamanych bełchatowian. Żaden z piłkarzy GKS nawet nie spojrzał na przygotowane za jedną z bramek podium, na którym mogli otrzymać mistrzowski puchar (wbrew zapowiedziom Andrzeja Rusko, były dwa puchary - jeden w Warszawie, jeden w Szczecinie).
O tym, jak wielka uciekła BOT GKS szansa wiedział też Orest Lenczyk. W drugiej połowie przykładał sobie do głowy specjalny kompres, a po meczu był mocno podłamany.

"Chcieliśmy wrócić na miejsce, do zajmowania którego przez wiele miesięcy przyzwyczailiśmy kibiców. Byliśmy przecież liderem przez 20 kolejek, a Lubin tylko przez trzy. To jednak, co działo się w Warszawie, było niestety poza nami" - mówił trener GKS. DZIENNIK zapytał czy wierzył w Legię. Tylko się zaśmiał: "Co z tego, że miałem rację, mówiąc trzy tygodnie temu, że w Warszawie nie ma prawa paść inny wynik niż zwycięstwo Zagłębia. Nie mam szansy teraz odwołać tych słów. Zapraszam na Puchar UEFA. Fajna impreza, może nawet do Bełchatowa Bayern Monachium przyjechać... A Zagłębiu gratuluję mistrzostwa".

Przez całą drugą połowę meczu nad Szczecinem szalała burza. Gdy w 1996 roku Bełchatów kosztem Pogoni utrzymywał się w ekstraklasie, nad stadionem też widać było pioruny, też padał deszcz. Wtedy zwycięstwo GKS oznaczało jednak sukces, teraz - klęskę. Chociaż wicemistrzostwo Polski jest przecież największym sukcesem w historii klubu z Bełchatowa, to zarazem największa ich porażka. Taki paradoks...