Złodzieje! Złodzieje! Złodzieje" - skandowali kibice Legii po ostatnim gwizdku sędziego Huberta Siejewicza. Trudno powiedzieć, pod czyim adresem wznosili te okrzyki - jedni wyzywali arbitra, drudzy pomstowali na drużynę Zagłębia Lubin, a jeszcze inni bluzgali na... swoich piłkarzy, podejrzewając ich o odpuszczenie tego meczu.

Godzina 22.15, Łazienkowska. Kapitan Legii Łukasz Surma, ponad dwie godziny po zakończeniu meczu, pod osłoną nocy i... ochrony opuszcza teren klubu. Jednak nie frontowymi drzwiami, lecz chyłkiem, przez murawę, do wyjścia, gdzie nie ma kibiców. Bo ci nie chcą uwierzyć, że legioniści przegrali uczciwie. Nic dziwnego, że kapitan ustępujących mistrzów i jego koledzy boją się agresywnych fanów. Kilkunastu z nich stoi pod budynkiem klubowym. "Gdzie są ci frajerzy? Chodźcie tu po swoje! Czas wypłaty" - wymachują dziesięciozłotowymi banknotami.

Godzina 22.15, trasa Warszawa-Białystok. Hubert Siejewicz wraca do domu, adrenalina już opada, ale sędzia jest jeszcze mocno roztrzęsiony. "Co wy teraz ze mną zrobicie?" - pyta, ale nie wiadomo, kogo ma na myśli. Przecież nie zawahał się. Podjął chyba najodważniejszą decyzję w swojej sędziowskiej karierze. Decyzję, która przesądziła o tym, że tytuł powędrował do Lubina. I - co najważniejsze - był pewien, że postępuje słusznie. Że Roger odepchnął Michała Stasiaka przy golu na 2:2.

"W sytuacji, po której Legia strzeliła drugą bramkę, jedyny mój błąd polegał na niezdecydowaniu. Wszystko dobrze widziałem. Pchnięcie zawodnika gości przez strzelca gola było ewidentne i uniemożliwiło mu skuteczną interwencję. Dla spokoju sumienia skonsultowałem jeszcze tę decyzję z asystentem, ale tylko dla potwierdzenia" - tłumaczył "Faktowi" na gorąco Siejewicz.

Jednak - poza kibicami Legii - mało kto ma do niego pretensje. Nawet trener gospodarzy Jacek Zieliński mówi: "Arbiter podjął kilka kontrowersyjnych decyzji, ale nie chcę zrzucać winy na niego. Dawno na Łazienkowskiej nie było tylu emocji. Stadion aż kipi, kiedy Siejewicz pokazuje, że nie ma gola dla warszawian, a grę od bramki rozpoczną goście. W tym czasie Roger i Edson tańczą jak oszalali w narożniku pola karnego. Nie wiedzą jeszcze, że radość jest przedwczesna. Natychmiast na trybunach pojawia się kolejna teoria spisku - Brazylijczycy jako jedyni nie zostali wtajemniczeni przez polskich kolegów w odpuszczenie meczu...

Ale nikogo z Zagłębia to już nie interesuje. Czesław Michniewicz znów triumfuje na Łazienkowskiej. Jak wówczas, gdy z Lechem Poznań świętował zdobycie Pucharu Polski. "Nie wszyscy potrafią się pogodzić z tym, że przyjechały wieśniaki z Lubina i zdobyły mistrzostwo na Legii" - drwi Michniewicz, a jego piłkarze szaleją
ze szczęścia na murawie i pod trybuną dla kibiców gości.

Manuel Arboleda biega w koszulce, na której widnieje napis: "Dziękuję Jezusowi, Zagłębiu, Smudzie i Michniewiczowi". Z głośników płynie "We are the champions", kultowy kawałek grupy Queen. Ale ledwie go słychać, zamiast tego jeden krzyk: "Złodzieje! Złodzieje! Złodzieje!".